niedziela, 28 czerwca 2015

Nostalgia ;o

Hej kochani ;)
Nadszedł dla mnie koniec nauki w gimnazjum.. trochę mi przykro. Z całą pewnością były to dla mnie najbardziej przełomowe lata. Chociaż nie miałam w tej szkole jakichś wielkich przyjaźni, to jednak za kilkoma osobami będę z całą pewnością tęsknić.

Kolejna część moich daremnych starań w pisaniu książki ;) 



Tak właśnie lądujemy na ulicy wypełnionej gwarem, smrodem i całą masą ludzi.  Zostawiamy chatę bez nadzoru i kierujemy się w stronę bramy, by wyjść poza osadę.
- Czy nikt nie włamie się do chaty podczas naszej nieobecności? – pytam od niechcenia Gromka.
- Ależ skąd! Wszyscy się lękają mego ojca. Ma wielkie poważanie.
Po obu stronach ulicy rozciągają się niekończące stragany. Co rusz słychać nieznośne krzyki przekupni. Odkąd skończyłam sześć lat, podobne hałasy działają na mnie jak płachta na byk. Tego typu koszmar miał miejsce co tydzień w miejscowości, w której mieszkam. Były to tak zwane targowe czwartki. Babcia uwielbiała chodzić w takie miejsca. Większości ludzi patrzy na mnie ze zdziwieniem, niektórzy wręcz z nienawiścią. W duchu zastanawiam się, co ich do tego skłania.
Kierujemy się w stronę bramy. Stoi tam dwóch strażników znużonych swą bezowocną pracą. Mało kto przechodzący furtą, okazywał się śmiertelnym zagrożeniem dla osady.
- … no i wiesz, jak pójdziemy do tego Włodzisława, to pobawimy się w rycerzy, takich samych, jak nasi starzy ojcowie…- gada jak nakręcony Gromek, a ja zdaję sobie sprawę, że Włodzisław, ani żaden inny jego przyjaciel, nie żyje. Próbuje się nie rozpłakać. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. – Kalino? – słyszę nagle zakłopotany głos Gromka. – Nie chcesz chyba wychodzić poza osadę?
- Szczerze mówiąc, o tym właśnie myślałam.
- A co z Włodzisławem?
- Myślę, że się nie obrazi, jeśli dziś go nie odwiedzisz.
- Pewnie masz rację. No dobrze… w takim razie, chodźmy!
Jesteśmy już coraz bliżej bramy, gdy nagle Gromek znów zabiera głos.
- A masz przepustkę, prawda?
Nagle drętwieją mi wszystkie kości.
- Jaką przepustkę?!
- Żadną. Żartowałem! – woła Gromek i zaczyna celować we mnie z procy. Patrzę na niego przez zwężone oczy, a po chwili zaczynam się śmiać razem z młokosem. Dwaj strażnicy stojący przy bramie, ożywiają się na nasz widok.
- A panienka tak sama wybiera się poza teren wioski? – pyta jeden z nich. – I to z  dzieckiem? – nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak absurdalnie te słowa brzmią.
- Tak. – odpowiadam krótko.
- Teren poza osadą jest zagrożony atakiem wrogich wojsk.
- Tam jest mój ojciec, a z nim nic nam nie grozi. – mówi Gromek.
- Jakim cudem chłopcze, udało ci się przeżyć? – pyta strażnik. Dociera do mnie, jaką gafę popełniłam wychodząc z Gromkiem z domu. Ludzi nie wpatrywali się we mnie, lecz w  chłopca. Ze zdziwieniem ci bezdzietni, z nienawiścią ci, którzy stracili niedawno swe pociechy. Swym zachowaniem zrodziłam niechęć i rozpacz. Próbuję zapaść się pod ziemię. Na marne.
- Zwyczajnie…- zaczyna swój wykład Gromek. – Po prostu siee.. – zatykam maluchowi usta dłonią.
- On nic nie rozumie. – tłumaczę strażnikowi. Po chwili podchodzi do nas drugi z rycerzy.
- Przecież to syn dowódcy. – mówi. – Gromek, prawda?
Malec zdezorientowany kiwa potakująco głową.
- Idźcie… byle szybko! Ludzie i tak już szemrzą. – powiada strażnik, a ja bezgłośnie dziękuję mu za to, że bez dodatkowych, zbędnych pytań, nas przepuścił.
Kiedy jesteśmy już poza osadą, Gromek wbija we mnie zaciekawiony wzrok.
- Ja nic nie rozumiem. Dlaczego ludzie szemrzą? O co chodziło temu panu?
- Chodziło mu o to, drogi Gromku, że ludzie nie potrafią znieść nieszczęść, które ich w  życiu spotykają, dlatego zawsze znajdują kogoś, kto może posłużyć im za winowajcę. To smutne.
- Chyba tak. – odpowiada chłopczyk i kiwa w zamyśleniu główką. Wędrujemy pośród połaci niezliczonych namiotów. Niewielu rycerzy udaje nam się spotkać po drodze. Mkniemy prawie niezauważeni. Jak zwykle nieprzyjemny dym palenisk szczypie mnie w  oczy. Nagle jeden z rycerzy ostrzących wystarczająco już ostre miecze, wstaje.
- Panna Kalina? – pyta z niedowierzaniem Zdzisław.- A co panienka tu..? Gromek, u  licha! Któż ci z chałupy pozwolił wychodzić?
Gromek ze zdziwieniem przygląda się swojemu wujowi. Nie zdążył biedak poczuć nawet strachu, gdyż Zdzisław najprawdopodobniej był zawsze łagodny, jak baranek. Rozhisteryzowany Zdzisław czeka na odpowiedź.
- Ja go puściłam, proszę pana. – postanawiam być odważna, choć przyznać muszę, że rzadko mi się to udaje. Wzrok Zdzisława przenosi się na mnie.
- Panna? – nastaje chwila ciszy. – Czy wie panienka, jak nieodpowiedzialnie się zachowała?
- Zdaję sobie z tego sprawę. – szepczę. Czy znacie tę sytuację, gdy zrobicie coś naprawdę głupiego i nie ma nic na tym świecie, co mogłoby was usprawiedliwić? Tak właśnie w tej chwili czuję się ja. Nie, nie płaczę. Po prostu sięgam dna.
- No, dobrze. – słyszę nad sobą głos mężczyzny, który najprawdopodobniej zauważył, jak bardzo się zawstydziłam i postanawia się już nade mną nie pastwić. – Zrobimy tak, Gromek zostanie tu ze mną, żeby go przypadkiem ojciec nie zauważył, a panienka, jeśli koniecznie chce się widzieć z dwoma młodzieńcami, to proszę się kierować w stronę polany na prawo stąd.
- Wciąż prosto?
- A jakże.
- Dlaczego tam się znajdują?
- Ćwiczenia w szermierce, strzelaniu z łuku i jazdy konnej.
- Dziękuję. – mówię, a Zdzisław szarmancko się kłania. Ciekawa rzecz, jak szybko przeminął mu zły nastrój. Zastanawiam się nad tym chwilę i dochodzę do wniosku, że tych dwóch po prostu uwielbia swoje towarzystwo.
Polana otoczona jest zewsząd drewnianą barierką. Już z dala słychać bojowe okrzyki młodych rycerzy, nie do końca jeszcze zaprawionych w walce. Przy barierce po lewej stronie od sofy, dostrzegam Gustawa. Jakoś nie mam ochoty być przez niego zauważoną. Skręcam zatem w prawą stronę. Nigdzie nie widzę Patryka i Kajtka, co doprowadza mnie do chwilowej paniki. Nerwowo rozglądam się na wszystkie strony. Nie zwracam uwagi na całą masę przystojnych, umięśnionych młodych chłopaków, którzy zawzięcie trenują walkę na miecze lub temu podobne. W przestrzeni paru sekund miga mi przed oczyma sylwetka drobnego chłopca.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz