Nadszedł dla mnie koniec nauki w gimnazjum.. trochę mi przykro. Z całą pewnością były to dla mnie najbardziej przełomowe lata. Chociaż nie miałam w tej szkole jakichś wielkich przyjaźni, to jednak za kilkoma osobami będę z całą pewnością tęsknić.
Kolejna część moich daremnych starań w pisaniu książki ;)
Tak właśnie lądujemy
na ulicy wypełnionej gwarem, smrodem i całą masą ludzi. Zostawiamy chatę bez nadzoru i kierujemy się w
stronę bramy, by wyjść poza osadę.
- Czy nikt nie
włamie się do chaty podczas naszej nieobecności? – pytam od niechcenia Gromka.
- Ależ skąd! Wszyscy
się lękają mego ojca. Ma wielkie poważanie.
Po obu stronach
ulicy rozciągają się niekończące stragany. Co rusz słychać nieznośne krzyki
przekupni. Odkąd skończyłam sześć lat, podobne hałasy działają na mnie jak
płachta na byk. Tego typu koszmar miał miejsce co tydzień w miejscowości, w
której mieszkam. Były to tak zwane targowe czwartki. Babcia uwielbiała chodzić w takie miejsca. Większości ludzi patrzy na mnie ze zdziwieniem, niektórzy wręcz z
nienawiścią. W duchu zastanawiam się, co ich do tego skłania.
Kierujemy się w
stronę bramy. Stoi tam dwóch strażników znużonych swą bezowocną pracą. Mało kto
przechodzący furtą, okazywał się śmiertelnym zagrożeniem dla osady.
- … no i wiesz, jak
pójdziemy do tego Włodzisława, to pobawimy się w rycerzy, takich samych, jak
nasi starzy ojcowie…- gada jak nakręcony Gromek, a ja zdaję sobie sprawę, że
Włodzisław, ani żaden inny jego przyjaciel, nie żyje. Próbuje się nie
rozpłakać. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. – Kalino? – słyszę nagle
zakłopotany głos Gromka. – Nie chcesz chyba wychodzić poza osadę?
- Szczerze mówiąc, o
tym właśnie myślałam.
- A co z
Włodzisławem?
- Myślę, że się nie
obrazi, jeśli dziś go nie odwiedzisz.
- Pewnie masz rację.
No dobrze… w takim razie, chodźmy!
Jesteśmy już coraz
bliżej bramy, gdy nagle Gromek znów zabiera głos.
- A masz przepustkę,
prawda?
Nagle drętwieją mi
wszystkie kości.
- Jaką przepustkę?!
- Żadną. Żartowałem!
– woła Gromek i zaczyna celować we mnie z procy. Patrzę na niego przez zwężone
oczy, a po chwili zaczynam się śmiać razem z młokosem. Dwaj strażnicy stojący
przy bramie, ożywiają się na nasz widok.
- A panienka tak
sama wybiera się poza teren wioski? – pyta jeden z nich. – I to z
dzieckiem? – nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak absurdalnie te słowa
brzmią.
- Tak. – odpowiadam
krótko.
- Teren poza osadą
jest zagrożony atakiem wrogich wojsk.
- Tam jest mój
ojciec, a z nim nic nam nie grozi. – mówi Gromek.
- Jakim cudem
chłopcze, udało ci się przeżyć? – pyta strażnik. Dociera do mnie, jaką gafę
popełniłam wychodząc z Gromkiem z domu. Ludzi nie wpatrywali się we mnie, lecz
w chłopca. Ze zdziwieniem ci bezdzietni, z nienawiścią ci, którzy
stracili niedawno swe pociechy. Swym zachowaniem zrodziłam niechęć i rozpacz.
Próbuję zapaść się pod ziemię. Na marne.
- Zwyczajnie…-
zaczyna swój wykład Gromek. – Po prostu siee.. – zatykam maluchowi usta dłonią.
- On nic nie
rozumie. – tłumaczę strażnikowi. Po chwili podchodzi do nas drugi z rycerzy.
- Przecież to syn
dowódcy. – mówi. – Gromek, prawda?
Malec
zdezorientowany kiwa potakująco głową.
- Idźcie… byle
szybko! Ludzie i tak już szemrzą. – powiada strażnik, a ja bezgłośnie dziękuję
mu za to, że bez dodatkowych, zbędnych pytań, nas przepuścił.
Kiedy jesteśmy już
poza osadą, Gromek wbija we mnie zaciekawiony wzrok.
- Ja nic nie
rozumiem. Dlaczego ludzie szemrzą? O co chodziło temu panu?
- Chodziło mu o to,
drogi Gromku, że ludzie nie potrafią znieść nieszczęść, które ich w życiu
spotykają, dlatego zawsze znajdują kogoś, kto może posłużyć im za winowajcę. To
smutne.
- Chyba tak. –
odpowiada chłopczyk i kiwa w zamyśleniu główką. Wędrujemy pośród połaci
niezliczonych namiotów. Niewielu rycerzy udaje nam się spotkać po drodze.
Mkniemy prawie niezauważeni. Jak zwykle nieprzyjemny dym palenisk szczypie mnie
w oczy. Nagle jeden z rycerzy ostrzących wystarczająco już ostre miecze,
wstaje.
- Panna Kalina? –
pyta z niedowierzaniem Zdzisław.- A co panienka tu..? Gromek, u licha!
Któż ci z chałupy pozwolił wychodzić?
Gromek ze
zdziwieniem przygląda się swojemu wujowi. Nie zdążył biedak poczuć nawet
strachu, gdyż Zdzisław najprawdopodobniej był zawsze łagodny, jak baranek.
Rozhisteryzowany Zdzisław czeka na odpowiedź.
- Ja go puściłam,
proszę pana. – postanawiam być odważna, choć przyznać muszę, że rzadko mi się
to udaje. Wzrok Zdzisława przenosi się na mnie.
- Panna? – nastaje
chwila ciszy. – Czy wie panienka, jak nieodpowiedzialnie się zachowała?
- Zdaję sobie z tego
sprawę. – szepczę. Czy znacie tę sytuację, gdy zrobicie coś naprawdę głupiego i
nie ma nic na tym świecie, co mogłoby was usprawiedliwić? Tak właśnie w tej
chwili czuję się ja. Nie, nie płaczę. Po prostu sięgam dna.
- No, dobrze. –
słyszę nad sobą głos mężczyzny, który najprawdopodobniej zauważył, jak bardzo
się zawstydziłam i postanawia się już nade mną nie pastwić. – Zrobimy tak,
Gromek zostanie tu ze mną, żeby go przypadkiem ojciec nie zauważył, a panienka,
jeśli koniecznie chce się widzieć z dwoma młodzieńcami, to proszę się kierować
w stronę polany na prawo stąd.
- Wciąż prosto?
- A jakże.
- Dlaczego tam się
znajdują?
- Ćwiczenia w
szermierce, strzelaniu z łuku i jazdy konnej.
- Dziękuję. – mówię,
a Zdzisław szarmancko się kłania. Ciekawa rzecz, jak szybko przeminął mu zły
nastrój. Zastanawiam się nad tym chwilę i dochodzę do wniosku, że tych dwóch po
prostu uwielbia swoje towarzystwo.
Polana otoczona jest
zewsząd drewnianą barierką. Już z dala słychać bojowe okrzyki młodych rycerzy,
nie do końca jeszcze zaprawionych w walce. Przy barierce po lewej stronie od
sofy, dostrzegam Gustawa. Jakoś nie mam ochoty być przez niego zauważoną.
Skręcam zatem w prawą stronę. Nigdzie nie widzę Patryka i Kajtka, co doprowadza
mnie do chwilowej paniki. Nerwowo rozglądam się na wszystkie strony. Nie zwracam
uwagi na całą masę przystojnych, umięśnionych młodych chłopaków, którzy
zawzięcie trenują walkę na miecze lub temu podobne. W przestrzeni paru sekund
miga mi przed oczyma sylwetka drobnego chłopca.







