niedziela, 28 czerwca 2015

Nostalgia ;o

Hej kochani ;)
Nadszedł dla mnie koniec nauki w gimnazjum.. trochę mi przykro. Z całą pewnością były to dla mnie najbardziej przełomowe lata. Chociaż nie miałam w tej szkole jakichś wielkich przyjaźni, to jednak za kilkoma osobami będę z całą pewnością tęsknić.

Kolejna część moich daremnych starań w pisaniu książki ;) 



Tak właśnie lądujemy na ulicy wypełnionej gwarem, smrodem i całą masą ludzi.  Zostawiamy chatę bez nadzoru i kierujemy się w stronę bramy, by wyjść poza osadę.
- Czy nikt nie włamie się do chaty podczas naszej nieobecności? – pytam od niechcenia Gromka.
- Ależ skąd! Wszyscy się lękają mego ojca. Ma wielkie poważanie.
Po obu stronach ulicy rozciągają się niekończące stragany. Co rusz słychać nieznośne krzyki przekupni. Odkąd skończyłam sześć lat, podobne hałasy działają na mnie jak płachta na byk. Tego typu koszmar miał miejsce co tydzień w miejscowości, w której mieszkam. Były to tak zwane targowe czwartki. Babcia uwielbiała chodzić w takie miejsca. Większości ludzi patrzy na mnie ze zdziwieniem, niektórzy wręcz z nienawiścią. W duchu zastanawiam się, co ich do tego skłania.
Kierujemy się w stronę bramy. Stoi tam dwóch strażników znużonych swą bezowocną pracą. Mało kto przechodzący furtą, okazywał się śmiertelnym zagrożeniem dla osady.
- … no i wiesz, jak pójdziemy do tego Włodzisława, to pobawimy się w rycerzy, takich samych, jak nasi starzy ojcowie…- gada jak nakręcony Gromek, a ja zdaję sobie sprawę, że Włodzisław, ani żaden inny jego przyjaciel, nie żyje. Próbuje się nie rozpłakać. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. – Kalino? – słyszę nagle zakłopotany głos Gromka. – Nie chcesz chyba wychodzić poza osadę?
- Szczerze mówiąc, o tym właśnie myślałam.
- A co z Włodzisławem?
- Myślę, że się nie obrazi, jeśli dziś go nie odwiedzisz.
- Pewnie masz rację. No dobrze… w takim razie, chodźmy!
Jesteśmy już coraz bliżej bramy, gdy nagle Gromek znów zabiera głos.
- A masz przepustkę, prawda?
Nagle drętwieją mi wszystkie kości.
- Jaką przepustkę?!
- Żadną. Żartowałem! – woła Gromek i zaczyna celować we mnie z procy. Patrzę na niego przez zwężone oczy, a po chwili zaczynam się śmiać razem z młokosem. Dwaj strażnicy stojący przy bramie, ożywiają się na nasz widok.
- A panienka tak sama wybiera się poza teren wioski? – pyta jeden z nich. – I to z  dzieckiem? – nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak absurdalnie te słowa brzmią.
- Tak. – odpowiadam krótko.
- Teren poza osadą jest zagrożony atakiem wrogich wojsk.
- Tam jest mój ojciec, a z nim nic nam nie grozi. – mówi Gromek.
- Jakim cudem chłopcze, udało ci się przeżyć? – pyta strażnik. Dociera do mnie, jaką gafę popełniłam wychodząc z Gromkiem z domu. Ludzi nie wpatrywali się we mnie, lecz w  chłopca. Ze zdziwieniem ci bezdzietni, z nienawiścią ci, którzy stracili niedawno swe pociechy. Swym zachowaniem zrodziłam niechęć i rozpacz. Próbuję zapaść się pod ziemię. Na marne.
- Zwyczajnie…- zaczyna swój wykład Gromek. – Po prostu siee.. – zatykam maluchowi usta dłonią.
- On nic nie rozumie. – tłumaczę strażnikowi. Po chwili podchodzi do nas drugi z rycerzy.
- Przecież to syn dowódcy. – mówi. – Gromek, prawda?
Malec zdezorientowany kiwa potakująco głową.
- Idźcie… byle szybko! Ludzie i tak już szemrzą. – powiada strażnik, a ja bezgłośnie dziękuję mu za to, że bez dodatkowych, zbędnych pytań, nas przepuścił.
Kiedy jesteśmy już poza osadą, Gromek wbija we mnie zaciekawiony wzrok.
- Ja nic nie rozumiem. Dlaczego ludzie szemrzą? O co chodziło temu panu?
- Chodziło mu o to, drogi Gromku, że ludzie nie potrafią znieść nieszczęść, które ich w  życiu spotykają, dlatego zawsze znajdują kogoś, kto może posłużyć im za winowajcę. To smutne.
- Chyba tak. – odpowiada chłopczyk i kiwa w zamyśleniu główką. Wędrujemy pośród połaci niezliczonych namiotów. Niewielu rycerzy udaje nam się spotkać po drodze. Mkniemy prawie niezauważeni. Jak zwykle nieprzyjemny dym palenisk szczypie mnie w  oczy. Nagle jeden z rycerzy ostrzących wystarczająco już ostre miecze, wstaje.
- Panna Kalina? – pyta z niedowierzaniem Zdzisław.- A co panienka tu..? Gromek, u  licha! Któż ci z chałupy pozwolił wychodzić?
Gromek ze zdziwieniem przygląda się swojemu wujowi. Nie zdążył biedak poczuć nawet strachu, gdyż Zdzisław najprawdopodobniej był zawsze łagodny, jak baranek. Rozhisteryzowany Zdzisław czeka na odpowiedź.
- Ja go puściłam, proszę pana. – postanawiam być odważna, choć przyznać muszę, że rzadko mi się to udaje. Wzrok Zdzisława przenosi się na mnie.
- Panna? – nastaje chwila ciszy. – Czy wie panienka, jak nieodpowiedzialnie się zachowała?
- Zdaję sobie z tego sprawę. – szepczę. Czy znacie tę sytuację, gdy zrobicie coś naprawdę głupiego i nie ma nic na tym świecie, co mogłoby was usprawiedliwić? Tak właśnie w tej chwili czuję się ja. Nie, nie płaczę. Po prostu sięgam dna.
- No, dobrze. – słyszę nad sobą głos mężczyzny, który najprawdopodobniej zauważył, jak bardzo się zawstydziłam i postanawia się już nade mną nie pastwić. – Zrobimy tak, Gromek zostanie tu ze mną, żeby go przypadkiem ojciec nie zauważył, a panienka, jeśli koniecznie chce się widzieć z dwoma młodzieńcami, to proszę się kierować w stronę polany na prawo stąd.
- Wciąż prosto?
- A jakże.
- Dlaczego tam się znajdują?
- Ćwiczenia w szermierce, strzelaniu z łuku i jazdy konnej.
- Dziękuję. – mówię, a Zdzisław szarmancko się kłania. Ciekawa rzecz, jak szybko przeminął mu zły nastrój. Zastanawiam się nad tym chwilę i dochodzę do wniosku, że tych dwóch po prostu uwielbia swoje towarzystwo.
Polana otoczona jest zewsząd drewnianą barierką. Już z dala słychać bojowe okrzyki młodych rycerzy, nie do końca jeszcze zaprawionych w walce. Przy barierce po lewej stronie od sofy, dostrzegam Gustawa. Jakoś nie mam ochoty być przez niego zauważoną. Skręcam zatem w prawą stronę. Nigdzie nie widzę Patryka i Kajtka, co doprowadza mnie do chwilowej paniki. Nerwowo rozglądam się na wszystkie strony. Nie zwracam uwagi na całą masę przystojnych, umięśnionych młodych chłopaków, którzy zawzięcie trenują walkę na miecze lub temu podobne. W przestrzeni paru sekund miga mi przed oczyma sylwetka drobnego chłopca.






czwartek, 18 czerwca 2015

Hejoo ;*

Jak leci? U mnie dość spokojnie... rok szkolny się kończy. Mało osób przychodzi jeszcze w ogóle do szkoły. Jutro będą wyniki egzaminów gimnazjalnych, więc może więcej ludzi skusi się, aby przyjść. Komers już za tydzień w środę.. ćwiczymy poloneza i jest fajnie ;)
Wczoraj kupiłam sukienkę na komers... po buty jechałam specjalnie do sąsiedniego miasta. ;D





W środę czeka mnie jeszcze wizyta u znajomej fryzjerki. ;) 

Dwóch potężnych rycerzy prowadzi mnie do wioski. Bacznie mnie pilnują w obawie, żebym nie uciekła. Czuję się, jakbym była na wyjątkowo nieudanym obozie, gdzie noce spędza się na polu namiotowym, a dwóch osiłków to moi niezadowoleni wychowawcy. Dym palenisk roznosi się wokół w ohydnym odorze i przenikliwie szczypie w oczy. Staram się nie zwracać uwagi na posyłane w moją stronę zaciekawione spojrzenia. Po kilku minutach docieramy wreszcie do bramy, która na znak wysłany przez jednego z prowadzących mnie wojów, zostaje otworzona. Teraz już im nie ucieknę. Osada nie wygląda zbyt zachęcająco. Po drodze snuje się kilku pijanych mieszczan, których zdaje się w ogóle nie obchodzić zagrażające im niebezpieczeństwo. Z drewnianych budynków słychać płacz. Najprawdopodobniej wywołany za sprawą niemieckich katapult wysyłających tutejszą dziatwę w nicość. Do jednego z takich właśnie domów prowadzą mnie dwaj rycerze.
- Przepraszam. – zwracam się do nich. – Tutaj panuje tylko rozpacz i ból. Czy nie możemy pójść w miejsce, gdzie nie zostały poniesione ofiary.
- Ależ nie, panienko. Ofiary są kosztem życia. W tym domu nikt nikomu nie umarł.
- Skąd pan wie? - pytam ze zdziwieniem.
- Bo to mój dom. – odpowiada. Nie mam nic więcej do powiedzenia. W milczeniu pozwalam się zaprowadzić do chaty. Od samego progu do moich nozdrzy dopływa zapach pieczonego ciasta. Przełykam ślinę i przypominam sobie, że nie tknęłam owoców, które oferował nam Bolesław Krzywousty w swoim namiocie. Jest południe, a ja jeszcze nie miała dzisiaj nic w ustach. Przy stole krząta się jakaś ładna, młoda pani w czepeczku.
- Gustaw? – pyta zdziwiona. – Masz przestój? - Strażnik przecząco kiwa głową.
- Jestem na służbie. - odpowiada. – Książę nie dał mi wiele czasu. Czy mogę go zobaczyć? – pytanie jakby zawisa w powietrzu. Nie rozumiem, o co chodzi, lecz czuję, że z całą pewnością nie powinno mnie tu teraz być. Z oczu kobiety zaczynają płynąć łzy. Patrzy na mnie, jakoby dopiero teraz zauważyła moją obecność, po czym kieruje pytające spojrzenie w stronę swojego męża.
- Ta panienka zostanie przez jakiś czas pod naszą opieką. – mówi strażnik.
- Ach, tak. – odpowiada kobieta i wyciera szybkim ruchem łzy z twarzy. – Jest w drugiej izbie. – dodaje znacznie ciszej. Ja tymczasem nie mam pojęcia, o co chodzi. Rycerz mija mnie bez słowa i idzie w stronę izby, w której coś się znajduje.
Pani w czepeczku wita się z drugim strażnikiem, a potem również ze mną i zaprasza nas do stołu, gdzie stoi świeżo naszykowany posiłek.
- Chleb niedługo będzie gotów. – mówi.
- Marysia piecze najlepszy chleb w osadzie. –chwali panią w czepeczku drugi rycerz i zabiera się za pałaszowania kurczaka. Uśmiecham się w odpowiedzi i nieśmiało sięgam po udko.
- Zdzisław przesadza. – mówi ze śmiechem pani Marysia. – Choć nie przeczę, dorabiam w tutejszej piekarni.
- Ojej, to pewnie bardzo trudne. – próbuję powiedzieć coś, co można by uznać za mądre. Kobieta patrzy na mnie z dziwnym uśmiechem, ale nic nie mówi. Z zakłopotaniem wbijam wzrok w stół.
- Maria jest skromna. Praca nie przynosi jej żadnych trudów, ponieważ ma talent. – przerywa ciszę Zdzisław.
- Ja nigdy nie piekłam. – mówię z zażenowaniem.
- Naprawdę? To chyba musi oznaczać, że panienka jest jaką królewną.
- Nie, skąd. –zaprzeczam speszona. W tym momencie do maciupkiej kuchni wkracza Gustaw. Czuję ulgę, że nie będę musiała się dłużej tłumaczyć. Dopiero po chwili zauważam małego chłopca kroczącego za mężczyzną.
- I jak tam Gromek? – pyta Zdzisław. – Byłeś odważny?
- Jak nigdy, proszę wujka.
- To ci się chwali, młody giermku. – odpowiada Zdzisław i czochra chłopcu fryzurę, na co ten wypina prężnie pierś. Uśmiecham się na ów widok i w skupieniu staram się być niezauważoną. Nagle mój wzrok styka się ze wzrokiem Gustawa. Wyczuwam w nim silne napięcie. Z całą pewnością zaraz zapadnę się pod ziemię.
- Coś się stało? – pytam.
- Nie wiem panienko, skąd cię tu licho przywiało, ale pamiętaj, jeśli twój lud jest odpowiedzialny za całe to zło i cierpienie, to nie popuszczę wam tego płazem.
- W żadnym wypadku…
- Zobaczymy! - przerywa mi brutalnie Gustaw, a jego twarz przybiera groźny wyraz. W oczach stają mi łzy. Babcia zawsze powtarzała, że posiadam niezwykłą zdolność wyczuwania zmian tonu głosu. Jeśli ktoś powiedział coś troszkę głośniej, ja już wpadałam w szał.
Jednakże twarz Gustawa nagle łagodnieje, wyzbyta ze złowrogich zmarszczek w okolicy przerwy między brwiami i pojawia się na niej przyjazny uśmiech. Bierze do ręki kielich napełniony czerwoną konsystencją i wznosi do góry z zawołaniem „Za zdrowie naszego syna”, po czym smutnieje i dodaje „ Za śmierć niewinnych, młodych bohaterów”.
Teraz już nie wytrzymuję. Tłamszone we mnie emocje pękają, jak wypuszczona od dłuższego czasu na powietrze, bańka mydlana.
- A tej, co? – słyszę nad sobą głos Gromka. Podnoszę moje zwilgotniałe oczy na chłopca i wzruszam ramionami. Maluch obejmuje mnie najmocniej, jak pozwala mu na to jego kilkuletnia postura.
- Nie martw się. – mówi. – Jeśli będziesz chciała, też będziesz mogła zostać bohaterką.
- Nie jestem dość odważna. Bohater musi być odważny.
- Nie. Tata mówi, że każdy się boi.
- To prawda. –przyznaje Maria.


Leżę na czymś niezwykle niewygodnym. Przez pół przymknięte oczy docierają do mnie niechciane promienie słońca. Po głowie chodzi mi tylko jedna myśl. Brzmi mniej więcej tak: Boże, jak ja mam dość tej głupiej szkoły. Ludzie to idioci. Nauczyciele to świry. I wciąż od nowa. Jakoby zacinająca się od dawna płyta. Czekam już tylko na znienawidzony odgłos budzika.
- Długo będziesz jeszcze spała? – słyszę nad sobą głos. Jakiś dziwny, nieznany. Nagle zaczynają do mnie docierać wszystkie wydarzenie minionego dnia. Patryk, biblioteka, zamordowane dzieci, Kajtek ratujący mi tyłek, Gustaw, Maria, Gromek…. Zamordowane dzieci, bezczynność, egoizm, ból…
- Chyba nie. – odpowiadam.
- To dobrze. – mówi Gromek. – Mateczka poszła do piekarni. Pomaga tutejszemu piekarzowi. Potem pewnie pójdzie do starego Bożydara. Stary Bożydar jest strasznie stary.
- Aha. W zasadzie, to ja już wstaję.
- Jesteś głodna? Mateczka zostawiła dla ciebie świeżą pajdę chleba.
- Konam z głodu. Czy jest tu łazienka?
- Słucham?
- Zapomniałam, że znajduję się w XII wieku.
- Dziwna jesteś. W ogóle cię nie rozumiem.
- Ja sama również siebie nie rozumiem.
- Jak możesz żyć nie rozumiejąc samej siebie? Ja tam zawsze wiem, czego mi potrzeba.
- To masz szczęście. – odpowiadam i na tym kończy się nasza wymiana zdań. Przed śniadaniem nerwowo szukam miejsca, w którym mogłabym się choć częściowo wypróżnić. Zdołowana i z pewnym zażenowaniem znajduję odpowiednie miejsce. Jest to niewidoczny fragment pola, tuż za dobudówką przy chacie.
- Hop, hop! Panienko?!
- Już idę! – krzyczę i omal nie przewracam się, próbując wstać z pozycji klęczącej. Matka Gromka kazała mi wczoraj „przyodziać się” w jakąś jej starą sukienką, którą nosiła będąc mniej więcej w moim wieku. Maria jest jedynie kilka lat ode mnie starsza. Szybkim krokiem wracam do przyjemnie chłodnej chaty. Tam pierwszą rzeczą, którą widzą moje oczy, jest wycelowana we mnie proca, a za nią pyzata twarz Gromka, wykrzywiona w złośliwym, bezzębnym uśmiechu. Podnoszę ręce w geście kapitulacji, co bawi i zachęca do psot, Gromka.
- Będziesz się ze mną bawiła, panienko? – pyta chłopczyk.
- Po pierwsze, żadna ze mnie panienka. Mam na imię Kalina, miło mi. A zabawę odłożymy na po śniadaniu, dobrze?
- Szwarno żeś jest Kalinko.
- Ty również, mój paniczu.


Nie mam pojęcia, która jest godzina. Dziwię się, że rodzice zostawili Gromka w chacie, ale też zdaję sobie sprawę, iż opiekę nad chłopcem powierzono najwyraźniej mnie. I pragnę temu zadaniu podołać. Chleb smakuje równie dobrze, co wczoraj. Zastanawiam się nad koniecznością spotkania z Kajtkiem i Patrykiem. Nikt nie zakazał mi wychodzenia z chaty. Jeśli chciałabym się z nimi spotkać, musiałabym wyjść poza osadę, a z tym już może być problem.
- Gromek? – przerywam chłopcu daremną zabawę w łapanie ohydnego karalucha. Malec przystaje i wpatruje się we mnie wielkimi kasztanowymi oczętami. – Czy chciałbyś pójść ze mną na spacer?
- Na co?
- Czy pobawimy się na dworze?
- A gdzie indziej można się bawić? – pyta ze zdziwieniem chłopczyk.
- Tylko na dworze. – stawiam sprawę jasno i uśmiecham się do Gromka. – Idziemy?
- Oczywiście.


I jak?

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Hejoo ;)

Co tam u Was kochani? Ja przedwczoraj wróciłam z Paryża. Muszę przyznać, że mimo przereklamowania i nadnaturalnych zachwytów nad tym miejscem, stolica Francji naprawdę podbiła moje serce. Myślałam, że będzie wręcz przeciwnie, a tu taka niespodzianka.
Muszę przyznać, że cudowna atmosfera, była zasługą niesamowitych ludzi ;)

Taka tam ja na lotnisku xdd
kocham moją przyjaciółkę ;*


Na dachu najbardziej ekskluzywnej galerii w Paryżu *-*


Les Invalides...


Na wieży Eiffel'a ;)


Louvre... gdzieś tam jest Mona Lisa ;)



- Nic z tego. Próbowałam się obudzić i jak widzisz nadal tu jestem.
- Może to nie twój sen?
- Co ty wygadujesz? Czujesz się, jak mara senna? Bo ja nie.
- To będzie trwało dość długo. – zapowiada Patryk. – Pójście tam nie jest bezpieczne.
Nikt się już więcej nie odzywa. Myślę o rodzicach, którzy z pewnością czekają na mnie w domu. Już dawno powinnam była wrócić. Z odległości kilku kilometrów widzimy tylko małe sylwetki rycerzy. Wojownicy dwóch przeciwnych sobie narodów walczą zacięcie. Przechodzi mi po plecach dreszcz. Oni się nawzajem zabijają. Wcale nie mam ochoty na to patrzeć. Spuszczam głowę i próbuję zająć myśli czymś przyjemnym. Nie za bardzo mi to wychodzi. Najwyraźniej Kajetan to zauważył, gdyż siada obok mnie, zostawiając Patryka samego sobie. Malec zawzięcie wpatruje się w walczących kawalerzystów próbujących przedostać się do miasteczka.
- To wszystko jest na niby, ale wiesz…zaimponowałaś mi. – przyznaje Kajtek. Patrzę na niego ze zmieszaniem. – Przypomina mi to, taki jeden wiersz.
- O Boże! Kajtek czyta wiersze… skonam!
- Cicho…chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli?! – beszta mnie Kajtuś. – Nawet, jeśli to tylko jedna osoba. – dodaje przyciszonym głosem. – Poza tym ten wiersz jest spoko.

Dawniej kiedy nie wiem
dawniej myślałem że mam prawo obowiązek
krzyczeć na oracza
patrz patrz słuchaj pniu
Ikar spada
Ikar tonie syn marzenia
porzuć pług
porzuć ziemię
otwórz oczy
tam Ikar
tonie
albo ten pastuch
tyłem odwrócony do dramatu
skrzydeł słońca lotu
upadek

Lecz teraz kiedy nie wiem
wiem że oracz winien orać ziemię
pasterz pilnować trzody
przygoda Ikara nie jest ich przygodą
musi się tak skończyć

I nie ma w tym nic
wstrząsającego
że piękny statek płynie dalej
do portu przeznaczenia


- Ten wiersz jest przygnębiający. – mówię.
- No cóż, mnie się podoba.
- Jest piękny, ale…przygnębiający. Nie uratowałbyś komuś życia, bo to nie twoja sprawa?
- Oczywiście, że bym uratował.
- Ale ten wiersz jest właśnie o czymś przeciwnym.
- Nie krzycz. Nie zrozumiałaś mnie. Różewicz napisał ten wiersz, kiedy był na skraju depresji. Jego oczy widziały okrutne rzeczy.
- Stracił wiarę w człowieka?
- W pewnym sensie. Wiarę i nadzieję.
- Pozostała mu tylko miłość.
- A miłość rodzi nadzieję…
- …i wiarę.
- To bez sensu.
- No, trochę. Przynajmniej jest piękne. - uśmiecham się. Jeszcze kilka minut siedzimy zajęci własnymi myślami. Patrzę na mojego przyjaciela, który wciąż znajduje się obok mnie. Słychać jego monotonny oddech. Kajtek bez celu zeskrobuje korę z drzewa. Mam poczucie winy związane z odbywającą się nieopodal walką, która swoją drogą niebezpiecznie się przedłuża. W końcu udaje mi się zasnąć. Po kilku godzinach, które zdawały się być krótką chwilą, budzi mnie Patryk.
- Co jest? – pytam zirytowana.
- Skończyli. – odpowiada malec.
- No i co z tego?
- Moglibyśmy pójść do osady poprosić o kawałek chleba. Nie jesteś głodna? – nagle zaczynam odczuwać mdlący głód. Głupio mi się przyznać, ale kiwam głową w cichym potwierdzeniu.
- Obudź go. – Patryk wskazuje na Kajtka.
- Sam go obudź. On jest agresywny, kiedy mu się coś przerywa.
- OMG. Kobiety! – wzdycha pod nosem Patryk.
- Co powiedziałeś? – nie wytrzymuję i wstaję na równe nogi, mimo, że jeszcze przed chwilą, nie miałam na nic siły. – Sama to zrobię. – trochę mi głupio, że tak łatwo dałam się oszwabić. Teraz nie zostaje mi nic innego, jak unieść się własną dumą.
- Wstawaj, głąbie! – szturcham Kajtka w nogę. Ten, nie reaguje. – Kajtek, wstajemy! – dodaję łagodniej.
- Czego?
- Chcemy iść do osady i kupić coś do zjedzenia.
- Spoko. – mówi Kajtek i przewraca się na drugi bok. Patrzę z rezygnacją na Patryka.
- No, nic. – chłopak wzrusza ramionami. – Wygląda na to, że będę musiał się tam udać sam.
- Nie ma mowy. – odpowiadam z przekonaniem i wstaję z pozycji klęczącej. – Ja tam pójdę.
- Ty? – pyta ze zdziwieniem Patryk.
- Czuję się winna. – mówię. – Że wtedy nie udało mi się uratować tych dzieci.
- Nie mogłaś ich uratować. Nikt nie mógł. – pociesza mnie Patryk. Kiwam głową.
- Pójdę.
- No, dobrze. – Patryk idzie w końcu na ugodę.
- Dzięki. – uśmiecham się do chłopca.
Z małym ociągnięciem obracam się na pięcie w stronę osady.  Kiedy tylko stawiam pierwszy krok na zielonej trawie, zaczynam czuć, tak jak wczoraj, muśnięcia promyków słońca na twarzy. Tak naprawdę chciałam tylko pobyć trochę sama. Mam wyrzuty sumienia, ale wiem, że nic nie zdołałoby uratować tych dzieci. Nic z wyjątkiem własnych krewniaków, ale na to nie było co liczyć.
- Kalina! Poczekaj! – woła za mną Patryk. Obracam się o sto osiemdziesiąt stopni i patrzę w oczekiwaniu na chłopca.
- Nie zgub się. – próbuje się uśmiechnąć. Kiwam krótko głową i idę dalej. Czuję się nieświeżo i źle. Od słońca kręci mi się w głowie. Wyruszając do osady miałam jeszcze inne cele. Między innymi postanowiłam sprawdzić, gdzie tak właściwie, u licha się znajdujemy. Nie wierzę Patrykowi. Chyba popełniłam straszne głupstwo rozmawiając z nim wtedy w bibliotece. Pszczoły nieustannie próbują mnie wyprowadzić z pionu. Macham opętańczo rękami i próbuję iść dalej. Jedna z nich żądli mnie w rękę. Głupia! Głupia, głupia! Właśnie pozbawiłam niewinną istotę życia. Piecze, jak cholera! Wyciągam żądło i idę dalej. Stąpam po nierównym gruncie. Osadę okalają wspaniałe drzewa. Wcale mnie to nie cieszy. Nigdy nie rozumiałam ich piękna. Drewniane bramy miasta uległy wstrząsającemu poturbowaniu. Od północnej strony grodu płynie mała rzeczka. Tuż przed wejściem do grodu stoją namioty wojsk polskich. Stawiam niepewne kroki. Najbardziej przeraża mnie fakt, że mogą mnie wziąć za wroga. Jeden z rycerzy zdaje się mnie zauważać. Z wahaniem idę dalej, a w myślach ganię się za własną lekkomyślność. Słyszę dęcie w róg. Po chwili cała armia rycerzy stoi w bojowym szyku uzbrojona we włócznie.
- Toż to dziewica! – woła któryś z wojowników.
- Bynajmniej! Parobek to młody. Armistycjum składać przyszedł. – odpowiada inny. Żaden jednak broni nie zawiesza. – Książę targować się musi.
Na środek występuje młody mężczyzna. Chłopak w zasadzie jeszcze. Około dwudziestu lat mógł liczyć. Jest dość wysoki, ubrany wytwornie, ma gęste blond włosy i przenikliwe piwne oczy, które teraz niezachęcająco, a wręcz odpychająco wiercą mnie na wylot. Mniej więcej w połowie jego ust widnieje sporych rozmiarów szrama, która dodatkowo dodaje mu szlachetności.
- Z czym do mnie przychodzisz nędzny kmieciu? – pyta po chwili milczenia. – Mało wam krwi?
- Ja niee…- plączę się i nie wiem co mówić dalej.
- My pokojowo nastawieni. – słyszę za sobą głos Kajetana. Zamykam oczy i czuję ogromną ulgę. – Przyszliśmy prosić tylko o kawałek chleba i kapkę wody.
- Toście w złe miejsce trafili. – odpowiada książę. – Zapomnijcie! Ludność głoduje. Szlak handlowy odcięty. Nikt was nie posili.
- Bez urazy wasza książęca mość, ale jest z nami dziewica…- obrusza się Patryk. W chudej dłoni trzyma białą flagę. Najprawdopodobniej zrobionej z kawałka białej koszulki Kajtka. Pewnie dlatego od razu mnie nie zabili. Musieli widzieć z daleka białą flagę. Zawieszenie broni.
- Myślę, że przydamy się, jako rycerze. W zamian dacie nam jeść i pić. – przerywam niespodziewanie Patrykowi.
- Jesteś niewiastą. Poza tym nie macie zbroi ani broni. – odpowiada z wahaniem książę. – Ale widzę w was też i wielką odwagę. Pójdźcie za mną. – mówi i bez zbędnych kurtuazji rusza w stronę największego namiotu. Dopiero teraz dociera do mnie, że rozmawialiśmy z Bolesławem Krzywoustym. I najprawdopodobniej nie była to nasza ostatnia z nim rozmowa. Przed namiotem stoją dwaj rycerze. W środku panuje wystrój niemal jak w pałacu. Książę zachęca nas byśmy poczęstowali się owocami znajdującymi się w srebrnej misie postawionej na stole. W prawym kącie widnieje broń najróżniejsze maści: od małych noży aż po topory.
- A teraz mówcie: skąd przybywacie? Musi to być nadzwyczaj odległa kraina. Nigdy nie widziałem podobnych strojów, a wasz akcent pełen jest dziwacznych zgłosek. – powiedział Bolesław Krzywousty i wychylił łyk wina ze srebrnego kielicha zdobionego w ametysty.
- Ależ wasza wysokość, to nazbyt skomplikowane pytanie, aby…
- Śmiesz twierdzić, że pytam cię o rzecz zbyt skomplikowaną? Albo też sprawia ci ono trudność, boś łotrem? – pyta książę w sarkastycznym tonie, co zdaje się wręcz niemożliwe zważywszy na jego dystyngowany sposób bycia. Zagryzam wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Panie, nie słuchaj mego towarzysza. – mówi Kajetan.– To ignorant.
- Któż taki?
- Ignorant. – spostrzegłszy, że twarz księcia nadal nie wyraża zrozumienia, Kajtek poddał się i kiwnął dłonią. – Nieważne. Pochodzimy z daleka. Ze wschodu…
- Ze wschodu! Toć tam żyją kmiecie wielkość nie więcej niż trzech łokci. Wy wyżsi się o wiele wydajecie. Nie tak bojowo do życia nastawieni. A oczy wasze nie są skośne.
- My pochodzimy z innej części wschodu, o panie. – powiada Kajtek.
- Z Nibylandii. – dodaje Patryk i mruga do mnie okiem.
- Skąd mogę wiedzieć, że nie jesteście szpiegami?
- Masz nasze słowo. – odpowiada poważnie Kajtek. Bolesław Krzywousty chwilę milczy w zadumie, gładząc raz po raz swe blond wąsy. Odpowiedź Kajetana chyba mu się spodobała, gdyż po chwili uśmiecha się i mówi:
- Po raz pierwszy słyszę o podobnej krainie. Nie ufam wam, jednakże puścić wolno was nie możemy. Pozostało mi jedynie przyłączyć was do mojego wojska.
- Tak, panie. – odzywam się pierwszy raz od dłuższego czasu. – Czy ja też będę mogła walczyć.
- Nie, niewiasto. Ciebie odeślemy do osady.
- Mam na imię Kalina, o panie.
- Przykro mi Kalino. Wojna to nie sprawa dla dziewic.
- Dobrze. – przyznaję w końcu i znów milknę.
- Moi rycerze odprowadzą cię do osady. – zwraca się do mnie. – A wy, jak reszta drużyny, sypiać będziecie w namiotach. – kieruje swój wzrok na Kajtka i Patryka.
- Jesteśmy już zatem rycerzami? – pyta Patryka.
- Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć chłopcze. Sam musisz to stwierdzić, a kiedy w końcu ci się uda, zostaniesz mianowany.
- Jak rozpoznam, że już nim jestem? – drąży uparcie temat Patryk.
- Mogę ci jedynie zdradzić, że w końcu zrozumiesz czym jest wojna, jaką ofiarę można ponieść w imię prawdy i sprawiedliwości. Nareszcie dowiesz się, co tak naprawdę nadaje wartość człowiekowi. Poczujesz, co to życie. Pojmiesz, czym jest śmierć. – spuszcza głowę i chwilę o czymś rozmyśla, jak to ma w zwyczaju. Zdążyłam polubić tego dziwnego, niezwykle przystojnego średniowiecznego księcia, mimo że zamieniłam z nim zaledwie parę
zdań.


Gosia ;)




piątek, 5 czerwca 2015

Hej kochani ;) W końcu ciepło na dworze *-*. Można chodzić w krótkich spodenkach, jeść lody i nie przejmować się szkołą.
Jutro lecę do Paryża! Czekałam na to od pierwszej klasy gimnazjum i wreszcie nadejdzie moment, w którym zobaczę na żywo wieżę Eiffla.
Dzisiaj robiłam sobie Decoupage ( oj, niestety nie z chęci, ale z przymusu...nie mam talentu do takich rzeczy). Przedstawię Wam moje dzieło, bo wyszło wcale nieźle ;)

To w zasadzie tyle ;)
Kolejna część książki się tu zaraz objawi ;)


- Patryk. Ale widzisz…zdaje się, ja chyba też zwariowałam. – patrzę na niego oczyma pełnymi zapytania.
- Hmm, no, co ja mam ci odpowiedzieć…dobrze, że w końcu to zrozumiałaś. Hehe.
- Uspokój się. – odpowiadam z nieskrywanym rozrzewnieniem. Kajtek już się na mnie nie gniewa – znów jest jak dawniej. Podnosi ręce w geście niewiniątka. – To pójdziesz tam ze mną? – pytam.
- Spoko. Tylko powiem Dawidowi, że jednak nie zagramy po szkole w Lol’a. Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam.
- Żadne to poświęcenie. Całymi dniami siedzisz i grasz w te głupoty.
- A ty całymi dniami siedzisz i oglądasz jakieś babskie telenowele.
- Nie babskie telenowele, tylko „Sherlock’a”.
- Dobra, koniec. Pójdę tam z tobą. Chociaż…
- Co?
- Mam takie jakieś wrażenie, jakby on się z ciebie nabijał.
- Kajtek, ja TO widziałam.


Stoimy przed szkołą i czekamy. Od dzwonka kończącego lekcje, minęło równe piętnaście minut. Chłopak jeszcze się nie zjawił.
- Miał czekać. – zwracam się z irytacją do Kajtka. – To nie ma sensu. Pewnie mnie nabrał i tyle. Chodźmy. – mówię wbrew sobie samej.
- Poczekaj. – Kajtek zatrzymuje mnie ręką. – Czy to on? – wskazuje podbródkiem w stronę zbliżającej się do nas postaci. Jestem krótkowidzem i z tego powodu nie potrafię mu w pierwszej chwili odpowiedzieć.
- Tak, jakby. – mówię bez przekonania. – Chociaż nie, to nie on. – poprawiam się stanowczym tonem.
- No, cóż. Cieszę się, że to nie on, bo to jakiś dzieciak z drugiej klasy podstawówki. Musiałabyś poważnie na głowę upaść, żeby mu uwierzyć. – mówi Kajtek, a ja piorunuję go wzrokiem. – No, nie denerwuj się. – Kajtek podnosi ręce w geście niewiniątka. – Chodźmy pod tę bibliotekę. Może tam go znajdziemy.
- Serio? Masz czas? – mój przyjaciel kiwa głową. – Dziękuję. – Kierujemy się w stronę drzwi wejściowych do szkoły. Nagle przystaję. Pewna myśl nie pozwoliła mi pójść dalej.
- A co, jeśli on się zjawi? Zaraz…tutaj?
- To ty idź, a ja zostanę. – mówi bez namysłu Kajetan.
- Okay. – mówię i ruszam dalej sama. - Jak będzie przy bibliotece, to zadzwonię. – dodaję, otwierając równocześnie drzwi.
W szkole panuje niezachwiana cisza. Panie sprzątaczki pochowały się w klasach, sprzątając to, co my nabałaganiliśmy podczas lekcji. Tylko smród wciąż ten sam. Czasem aż mdlący. Zapach preparatów do czyszczenia podłóg. Dzień spędzony w tej szkole równa się zaśmierdniętym włosom i ciuchom.
Nie oglądając się za siebie, mknę w stronę biblioteki szkolnej. Na ścianach ( starych już, pamiętających lata wojny) wiszą liczne podobizny laureatów konkursów przedmiotowych wszystkich możliwych dziedzin: od języka francuskiego po chemię. Niegdyś, jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum, pragnęłam znaleźć się wśród nich. Moje nadzieje szybko spełzły na niczym. Ach, jakżeby było pięknie cofnąć czas!, myślę z rozmarzeniem i w zadumie kontempluję kolejne twarze. Każde ze zdjęć doskonale już znam. Idę prosto, po czym z pewnym wahaniem schodzę podwójnymi schodami w dół. Szkoła to całkiem inne miejsce, kiedy nie ma w niej ludzi. Tymi korytarzami zwykle chodzę, przedzierając się przez napierające tłumy.
Tuż przy skromnych drzwiach naszej biblioteki szkolnej leży plecak. Wnioskuję, że należy on do Patryka. Niestety chłopca nie widać w najbliższej okolicy. Gdzież on mógł poleźć? Przecież biblioteka o tej porze dawno zamknięta. Mimo woli, a także jakiejkolwiek logiki przyciskam lekko klamkę, która pod wpływem naporu odblokowuje zamknięte drzwi, co może graniczyć z cudem. Co prawda biblioteka mogłaby przechodzić tak zwaną inwentaryzację, ale o tym nic mi nie wiadomo.
Cholera! Wciąż zapomina o tym wysokim progu, który całkiem niepotrzebnie wmontowano w wejściu do naszej szkolnej biblioteki jeszcze podczas remontu, który miał miejsce dwa lata temu, czyli kiedy zaczynałam naukę w tym gimnazjum. Nie zdążyłam się podtrzymać dłońmi, padam prosto na twarz. Na policzkach czuję dziwne łaskotanie. Do moich nozdrzy dociera zapach świeżości. Widzę kolor zielony. Leżę na trawie.

II
Niestety nie jest mi dane spoczywać w owej pozycji długo. Nie dociera do mnie cały absurd chwili. Widzę z naprzeciwka nadbiegającego Patryka. Wymachuje czymś w moją stronę. Oślepia mnie słońce. Po lewej stronie widnieje cudowny, zielony las, z prawej dziwaczna, drewniana osada, oddalona ode mnie parę kilometrów. Wciąż nie umiem dostrzec, czym Patryk wymachuje. Uspokajam się myślą, że to tylko mi się śni. Opętańczo szczypię się w nadgarstek. Czuję niebotyczny ból, lecz sen się nie kończy.
Patryk coś do mnie wrzeszczy. Pomału zaczynam rozróżniać słowa. Brzmią tak: „UCIE – KAJ! SZYBKO!” Obracam się z wolna za siebie. To, co widzę sprawia, że kolana automatycznie się pode mną uginają. Nie potrafię się ruszyć. Zaczyna do mnie docierać, że moje życie skończy się tu i teraz. Nikt mnie nie znajdzie, będą szukać, ale… na marne. Umrę staranowana przez…Albo jednak nie. Czuję, ze ktoś wypycha mnie w stronę lasu. Patryk przybywa z odsieczą. Zielny las, pachnący rumiankiem, niczym słodką nadzieją, staje się dla mnie twierdzą. Z przerażeniem wpatruję się z odległości kilkudziesięciu metrów na cały oddział kawalerzystów uzbrojonych w długie i z pewnością cholernie ostre miecze.
- Co tu się dzieje? Gdzie my jesteśmy? Jeśli to żart, to wcale nie jest śmieszny! – mówię jednym tchem.
- Mam pewne przeczucia, ale nie jestem pewien.
- Mówże! To nie ja chciałam odkrywać tajemnicę biblioteki! – stwierdzam z oburzeniem, podczas gdy kolejne fale kawalerzystów maszerują w stronę osady.
- Jak ty właściwie masz na imię?
- Kalina. – odpowiadam z zażenowaniem.
- Jak?
- No przecież mówię, że Kalina. To jest takie dziwne?
- Nie, skąd. Masz na imię, tak samo jak ligijska księżniczka z „Quo Vadis”.
- Właśnie, dlatego mnie tak nazwano. – uśmiecham się do chłopca.
- Nieźle. Ja mam na imię Patryk, bo rodzice obejrzeli „Dirty Dancing” z Patrickiem Swayze w roli głównej.
- Haha. Przynajmniej nie nosisz imienia rośliny należącej do rodziny piżmaczkowatych, w obrębie której wyróżnia się 175 gatunków.
- Spójrz! – syczy mi do ucha Patryk i wskazuje palcem na maszyny oblężnicze, które właśnie toczą się po soczysto zielonej trawie. – To potworność, aczkolwiek bitwa kończy się zwycięstwem.
- Patryk, to coraz mniej mi się podoba. Wróćmy do szkoły.
- Spoko, ale to nie będzie takie łatwe. Pamiętasz, co ci wcześniej mówiłem? Że się czegoś domyślam? Teraz jestem pewien. Trafiliśmy do XII wieku, a dokładniej do roku 1109.
- Co ty opowiadasz? – zaczynam się śmiać.
- Kalina, to nie są żarty. Jesteśmy w Polsce Piastów, a to, co mamy przed sobą to początek oblężenia Głogowa.
- Tam są dzieci! – krzyczę z przerażeniem. – Co oni chcą im zrobić? Dlaczego przywiązali je do tych machin?
- One zostaną użyte, jako zakładnicy…
- Musimy je uwolnić! – patrzmy, jak ostatnia garść jazdy niemieckiej dochodzi do grodu.
- Nie możemy… chcą je zabić, prawda? – pytam i nie czekając na odpowiedź, ruszam w stronę rycerzy. Nie wiem, czego oczekuję. Nie potrafię tego wyjaśnić. Działam pod wpływem impulsu. Im bliżej jestem rycerzy, tym mniej pewnie się czuję. Wiem, że czego bym nie zrobiła i tak nie uratuję dzieci. Idę, stąpam po nagrzanej trawie. Nie obracam się. Patryk, najwyraźniej ruszył w ślad za mną. Nagle słyszę wystrzał. Mrożący krew w żyłach krzyk. Maszyny oblężnicze wystrzeliwują garść niewinnych istot prosto w mur. Czuję przejmujący ból w sercu. Ktoś łapie mnie za rękę. Kajetan.
Wracamy do lasu. Przy osadzie toczy się walka. Pod bukiem czeka Patryk. Siadam obok drzewa, nie wiem, co mam czuć lub myśleć. Nienawiść ludzka przekracza moje pojęcie.
- One były niewinne…
- Boże, Kalina! Ty naprawdę, zamierzałaś tam pójść?
- Chyba tak. – odpowiadam Kajtkowi. Chłopak siada pod drzewem naprzeciwko mnie. Słońce świeci nadal pełną piersią, jakby nie widziało okrucieństwa, które przed chwilą się dokonało. Rumianki ze współczuciem przyglądają się naszym przygnębionym obliczom. Cała natura zastygła w żałosnej zadumie.
- O co chodzi? – pyta się w końcu Kajtek. – Co to za przedstawienie? – wskazuję podbródkiem w stronę Patryka. Niech on wyjaśni. Sama się zastanawiam, czy w to wierzę. Malec kiwa głową.
-Jesteśmy w XII - wiecznej Polsce. Dokładniej w roku 1109. A to jest obrona Głogowa.
- Masz bujną wyobraźnię, koleś. A tak naprawdę, to gdzie jesteśmy? – mówi Kajtek ze śmiechem, a Patryk w zamyśleniu drapie się w brodę.
- Kurde! Wiem, że to brzmi, jak bajka, ale wytłumacz w takim razie, to co się wydarzyło pod murem?
- To pewnie było inscenizowane. Słyszałem już kiedyś o czymś takim. Bitwa pod Grunwaldem jest inscenizowana co roku.
- Zaczekajmy, aż to się skończy. – szepczę.
- To strata czasu. Co my tu robimy, do cholery! A może to tylko sen?


Gosia ;*