Ja muszę przyznać,, że wiele się uczę... życia ;) W poniedziałek wróciłam z obozu harcerskiego. Wspomnień mam całą masę. Najbardziej jednak utkwiło mi w głowie przechodzenie sprawności Robinsona. ( spędzenie 24h w lesie, poza obozem) Spedziłam noc, śpiąc na trawie, tuż przy Wiśle. Nie, na to nie będe narzekać. Gorsze było to, że gdy rano wstałyśmy z koleżanką, uświadomiłyśmy sobie, że ktoś ukradł nam scyzoryki i latrkę, gdy sobie smacznie spałyśmy. Następnie ruszyłyśmy do sklepu ( nie, nie mogłyśmy tego zrobić), gdzie kupiłysmy cztery kiełbasy jastrzębskie, 1,5 l wody o smaku grejpfruta, suchy do granic możliwości ciemny chleb, dwa małe ziemniaki i dwa lody, rożki ( w promocji za 1,09 zł). Następnie wyruszyłyśmy rozpalić ognisko. Nistety trafiłyśmy na dwóch pod rząd zboczeńców ( na pierwszy rzut oka wyglądających na miłych starszych panów). Wyszło na to, że cztery razy w czterech różnych miejscach układałyśmy stożek z patyków na ognisko i dopiero za czwratym razem udało nam się je rozpalić. Potem chodziłyśmy bez celu po lesie. Trochę posiedziałyśmy nad rzeką. Poszłyśmy do pobliskiego baru pod nazwą: "Beczka". Koleżanka kupiła sobie tam chamburgera za 3,60 zł, ale ponoć smakował beznadzejnie. Musiałyśmy też uzupełnić zapasy picia, toteż kupiłyśmy gazowaną 1,5 l Żywiec Zdrój za całe 4 zł :D Spotkałyśmy miłego pana, który porozmawiał z nami o harcerstwie i zaproponował spędzenie w przyszłym roku jakiejkolwiek sprwności wymagającej przebywanie poza granicami obozu, w jego domku letniskowym, ktróy stoi pusty. Potem już tylko chodziłyśmy i pytałyśmy wszystkich o godzinę, gdyż nie miałyśmy zegarków, ani telefonów... nie miałyśmy niczego. Nad rzeką spotkłyśmy kolejnych zboczeńców, raz jeszcze poszłysmy do sklepu, żeby skorzystać ze wspaniałej promocji na lody rożki, a potem poszłyśmy do lasu i czekałyśmy na dźwięk gwizdka, który miał nam oznajmić, że nasz "Robinson" dobiegł końca.
Ach, te frytki z pieprzem :D


