Siedziałam dziś przeszło dwie godziny w oczekiwaniu na wizytę u lekarza. Naprawdę musiałam wykazać się dużą cierpliwością. Sama wizyta trwała niecałe dziesięć minut.
Przyszłam do domu z jakąś taką niezrozumiałą nostalgią za czymś co przeminęło i nigdy już nie wróci.
Proszę, wiersz dla Was ( który recytowałam dzisiaj w szkole). Sama go wybrałam i mam nadzieję, że się spodoba ;)
Śpieszmy się
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie ze nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak uroczystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stad odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza
Jan Twardowski
|
Dzień Dziecka należy przeżyć jak dziecko, zatem obejrzałam krótko po powrocie od lekarza "Piękną i Bestię". Cudowne te bajki Disney'a *-*
Ohoho... i w prezencie zdjęcie me, sprzed dwóch lat, jak byłam jeszcze mała. ;/
To za mną, jest latarnią morską, która wyglądała tak tajemniczo i uwodzicielsko zarazem, że musiałam sobie zrobić z nią zdjęcie, ale pamiętajcie, to było dwa lata temu ;)
A teraz nie pozostało mi nic innego, jak kolejna część mojej "książki"... zapraszam ;)
Mniej więcej w połowie robienia naszej reklamy
społecznej, z pracy wraca mama. Wita się z Kajtkiem i idzie robić obiad. Chwilę
potem przychodzi tata. Kiedy reklama jest gotowa, telefon Kajtka zaczyna
dzwonić.
- No, nic. Mama karze wracać na obiad. –
uśmiecha się Kajetan.
- Mógłbyś zjeść z nami. – proponuję roztropnie.
- Dzięki. Myślę, że jednak najwyższa pora
wracać. Ale mogłabyś mnie odprowadzić do drzwi, poetko.
- Skoro nalegasz. –odpowiadam i kieruję się
niby od niechcenia w stronę wyjścia.
- Do widzenia! – woła przyjaźnie Kajetan do
mamy i taty. Ci odpowiadają mu prawie równocześnie.
Kiedy jesteśmy już na zewnątrz, chwilę jeszcze
rozmawiamy.
- Wiesz, Tolkien, powiedział kiedyś bardzo
ciekawą rzecz. – prawi w pewnym momencie Kajtek.
- Co takiego? – pytam z rozbawieniem.
- Że „ Przeznaczeniem dziecka jest dorosnąć, a
nie przemienić się w Piotrusia Pana.” – odpowiada z powagą. Trawię w skupieniu
słowa Kajtka.
- To był nudziarz. – odpowiadam bezlitośnie.
- Wcale nie. Nigdy nawet nie przeczytałaś jego
powieści. – protestuje gorączkowo Kajetan.
- Ty nic nie rozumiesz! – silę się, aby z oczu
nie popłynęły mi łzy. Twarz Kajtka wyraża zdziwienie, ale też niepokój. Nie
zwracam na to uwagi. Bez słowa biegnę po schodach na górę i z głośnym
trzaskiem, zamykam drzwi.
Następnego dnia spóźniam się do szkoły. Po
kłótni z Kajtkiem, czuję się jeszcze bardziej samotna aniżeli dotąd. Kompletnie
nie potrafię skupić się na tym, co próbują mi wbić do głowy nauczyciele.
Kieruję wzrok na obraz za oknem i myślę o wszystkim, a równocześnie o niczym
ważnym. Na przerwie postanawiam pójść do biblioteki. Weroniki nie ma w szkole,
a Kajetanowi nie potrafię spojrzeć teraz w oczy. Zatem nie mam z kim
porozmawiać. Błąkam się bez celu między regałami. Niektóre tytuły przykuwają
moją uwagę. W roztargnieniu dotykam opuszkami palców śliskich, a czasem
szorstkich okładek. Tutaj mogę się całkowicie oddać zapomnieniu.
- Sza! – słyszę za sobą. Gwałtownie się obracam
i natrafiam na spojrzenie jakiegoś niskiego chłopaka . O wiele za niskiego, jak
na ucznia gimnazjum. Przez chwilę próbuję zgadnąć o, co mu chodzi, lecz nie
słysząc, ani nie widząc żadnych reakcji z jego strony, odwracam się do półki ,
na której stoi cały zbiór powieści pana Sparksa.
- Sza! – słyszę znowu. Tym razem nie odwracam
się, gdyż wnioskuję, że chłopak albo nie zwraca się do mnie lub też jest
nadpobudliwy.
- Sza! – kątem oka spoglądam w stronę chłopca.
Ten uśmiecha się z satysfakcją. Udaję, że tego nie widzę. Stoję jeszcze chwilę
przy tej samej półce, a potem odchodzę. Wtedy chłopak pędzi za mną.
- Zaczekaj. – mówi przyciszonym głosem. –
Chciałem ci coś pokazać. – dodaje. Robię podejrzliwą minę, ale idę bez słowa za
niskim chłopaczkiem.
Przechodzimy między regałami, jak gdyby był to
rodzaj labiryntu, który prowadzi do skarbu. W pewnym momencie stajemy. „ A więc
tak wygląda skarb?”, patrzę z rozczarowaniem na dokładnie taki sam rząd półek z
książkami, jak wszędzie wokół.
- A zatem to mi chciałeś pokazać? – pytam, gdyż
nie potrafię znieść ciszy.
- Popatrz, tam! – mówi chłopak i wskazuje na
szczelinę pomiędzy dwoma książkami.
- Nic nie widzę.
- Popatrz głębiej. – zachęca chłopiec. Wysilam
swój wzrok najprężniej, jak potrafię. Niestety widzę tylko okno…Zaciskam mocno
oczy i otwieram jeszcze raz, szerzej. Coś zaczyna we mnie płonąć.
- Śnieg? – pytam. – Wcześniej go nie było. I to
jest takie ważne? – mówię zdziwiona, a chłopak potakuje głową.
- To nie koniec. Chodź za mną.
- No nie wiem…
- Chodź!
- Dobra. – chłopak bezszelestnie posuwa się w
przeciwległą stronę biblioteki. – Dlaczego jest tak cicho? – pytam
zdezorientowana.
- Bo gdyby pani bibliotekarka wiedziała, co
robimy, nie byłaby zachwycona. – szepcze malec.
- A co robimy? – przełykam ślinę. Chłopak
prycha niecierpliwie.
- Odkrywamy jej tajemnicę.
- Pani bibliotekarki?
- Nie, biblioteki. – dociera do mnie, że o
nadpobudliwości już nie ma, co mówić, gdyż chłopak jest z całą pewnością
szalony. Z całego serca pragnę wydostać się z tej niezręcznej sytuacji. Chłopak
ciągnie mnie za rękę.
W końcu
docieramy do drzwi biblioteki i wychodzimy na korytarz.
- Spójrz! – mówi i wskazuje na widok za oknem.
- Nic nie rozumiem. – szepczę. Na dworze świeci
słońce. Widać, że to już nie lato, ale jesień również jeszcze daleko. – Chyba
się mocno uderzyłam w głowę.
- W takim razie ja też… - głos chłopaka
zagłusza dzwonek zwiastujący kolejną lekcję.
- Muszę lecieć na matmę. – mówię nerwowo.
- Po lekcjach, przed szkołą.
- Ok, a o której kończysz? – pytam.
- 14.20.
- Ja o 15.10.
- Zaczekam. – mówi chłopak i pędzi w stronę
schodów.
- Poczekaj! – wołam za nim. Malec obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. – Jak masz na imię? – pytam.
- Patryk. – odpowiada chłopak i pędzi dalej
schodami w górę.
- Zatem, jak mówisz, że nazywał się ów dzikus?
– pyta Kajtek z rozbawieniem w oczach.
Paa ;*
Gosia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz