poniedziałek, 1 czerwca 2015

Hej ;* Co tam u Was słońca? Dzisiaj Dzień Dziecka, a więc życzę wszystkim dzieciakom wspaniałego życia! ;)
Siedziałam dziś przeszło dwie godziny w oczekiwaniu na wizytę u lekarza. Naprawdę musiałam wykazać się dużą cierpliwością. Sama wizyta trwała niecałe dziesięć minut.
Przyszłam do domu z jakąś taką niezrozumiałą nostalgią za czymś co przeminęło i nigdy już nie wróci.

Proszę, wiersz dla Was ( który recytowałam dzisiaj w szkole). Sama go wybrałam i mam nadzieję, że się spodoba ;)

Śpieszmy się

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie ze nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak uroczystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stad odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza

Jan Twardowski


Dzień Dziecka należy przeżyć jak dziecko, zatem obejrzałam krótko po powrocie od lekarza "Piękną i Bestię". Cudowne te bajki Disney'a *-*



Ohoho... i w prezencie zdjęcie me, sprzed dwóch lat, jak byłam jeszcze mała. ;/

To za mną, jest latarnią morską, która wyglądała tak tajemniczo i uwodzicielsko zarazem, że musiałam sobie zrobić z nią zdjęcie, ale pamiętajcie, to było dwa lata temu ;)


A teraz nie pozostało mi nic innego, jak kolejna część mojej "książki"... zapraszam ;)

Mniej więcej w połowie robienia naszej reklamy społecznej, z pracy wraca mama. Wita się z Kajtkiem i idzie robić obiad. Chwilę potem przychodzi tata. Kiedy reklama jest gotowa, telefon Kajtka zaczyna dzwonić.
- No, nic. Mama karze wracać na obiad. – uśmiecha się Kajetan.
- Mógłbyś zjeść z nami. – proponuję roztropnie.
- Dzięki. Myślę, że jednak najwyższa pora wracać. Ale mogłabyś mnie odprowadzić do drzwi, poetko.
- Skoro nalegasz. –odpowiadam i kieruję się niby od niechcenia w stronę wyjścia.
- Do widzenia! – woła przyjaźnie Kajetan do mamy i taty. Ci odpowiadają mu prawie równocześnie.
Kiedy jesteśmy już na zewnątrz, chwilę jeszcze rozmawiamy.
- Wiesz, Tolkien, powiedział kiedyś bardzo ciekawą rzecz. – prawi w pewnym momencie Kajtek.
- Co takiego? – pytam z rozbawieniem.
- Że „ Przeznaczeniem dziecka jest dorosnąć, a nie przemienić się w Piotrusia Pana.” – odpowiada z powagą. Trawię w skupieniu słowa Kajtka.
- To był nudziarz. – odpowiadam bezlitośnie.
- Wcale nie. Nigdy nawet nie przeczytałaś jego powieści. – protestuje gorączkowo Kajetan.
- Ty nic nie rozumiesz! – silę się, aby z oczu nie popłynęły mi łzy. Twarz Kajtka wyraża zdziwienie, ale też niepokój. Nie zwracam na to uwagi. Bez słowa biegnę po schodach na górę i z głośnym trzaskiem, zamykam drzwi.

Następnego dnia spóźniam się do szkoły. Po kłótni z Kajtkiem, czuję się jeszcze bardziej samotna aniżeli dotąd. Kompletnie nie potrafię skupić się na tym, co próbują mi wbić do głowy nauczyciele. Kieruję wzrok na obraz za oknem i myślę o wszystkim, a równocześnie o niczym ważnym. Na przerwie postanawiam pójść do biblioteki. Weroniki nie ma w szkole, a Kajetanowi nie potrafię spojrzeć teraz w oczy. Zatem nie mam z kim porozmawiać. Błąkam się bez celu między regałami. Niektóre tytuły przykuwają moją uwagę. W roztargnieniu dotykam opuszkami palców śliskich, a czasem szorstkich okładek. Tutaj mogę się całkowicie oddać zapomnieniu.
- Sza! – słyszę za sobą. Gwałtownie się obracam i natrafiam na spojrzenie jakiegoś niskiego chłopaka . O wiele za niskiego, jak na ucznia gimnazjum. Przez chwilę próbuję zgadnąć o, co mu chodzi, lecz nie słysząc, ani nie widząc żadnych reakcji z jego strony, odwracam się do półki , na której stoi cały zbiór powieści pana Sparksa.
- Sza! – słyszę znowu. Tym razem nie odwracam się, gdyż wnioskuję, że chłopak albo nie zwraca się do mnie lub też jest nadpobudliwy.
- Sza! – kątem oka spoglądam w stronę chłopca. Ten uśmiecha się z satysfakcją. Udaję, że tego nie widzę. Stoję jeszcze chwilę przy tej samej półce, a potem odchodzę. Wtedy chłopak pędzi za mną.
- Zaczekaj. – mówi przyciszonym głosem. – Chciałem ci coś pokazać. – dodaje. Robię podejrzliwą minę, ale idę bez słowa za niskim chłopaczkiem.
Przechodzimy między regałami, jak gdyby był to rodzaj labiryntu, który prowadzi do skarbu. W pewnym momencie stajemy. „ A więc tak wygląda skarb?”, patrzę z rozczarowaniem na dokładnie taki sam rząd półek z książkami, jak wszędzie wokół.
- A zatem to mi chciałeś pokazać? – pytam, gdyż nie potrafię znieść ciszy.
- Popatrz, tam! – mówi chłopak i wskazuje na szczelinę pomiędzy dwoma książkami.
- Nic nie widzę.
- Popatrz głębiej. – zachęca chłopiec. Wysilam swój wzrok najprężniej, jak potrafię. Niestety widzę tylko okno…Zaciskam mocno oczy i otwieram jeszcze raz, szerzej. Coś zaczyna we mnie płonąć.
- Śnieg? – pytam. – Wcześniej go nie było. I to jest takie ważne? – mówię zdziwiona, a chłopak potakuje głową.
- To nie koniec. Chodź za mną.
- No nie wiem…
- Chodź!
- Dobra. – chłopak bezszelestnie posuwa się w przeciwległą stronę biblioteki. – Dlaczego jest tak cicho? – pytam zdezorientowana.
- Bo gdyby pani bibliotekarka wiedziała, co robimy, nie byłaby zachwycona. – szepcze malec.
- A co robimy? – przełykam ślinę. Chłopak prycha niecierpliwie.
- Odkrywamy jej tajemnicę.
- Pani bibliotekarki?
- Nie, biblioteki. – dociera do mnie, że o nadpobudliwości już nie ma, co mówić, gdyż chłopak jest z całą pewnością szalony. Z całego serca pragnę wydostać się z tej niezręcznej sytuacji. Chłopak ciągnie mnie za rękę.
 W końcu docieramy do drzwi biblioteki i wychodzimy na korytarz.
- Spójrz! – mówi i wskazuje na widok za oknem.
- Nic nie rozumiem. – szepczę. Na dworze świeci słońce. Widać, że to już nie lato, ale jesień również jeszcze daleko. – Chyba się mocno uderzyłam w głowę.
- W takim razie ja też… - głos chłopaka zagłusza dzwonek zwiastujący kolejną lekcję.
- Muszę lecieć na matmę. – mówię nerwowo.
- Po lekcjach, przed szkołą.
- Ok, a o której kończysz? – pytam.
- 14.20.
- Ja o 15.10.
- Zaczekam. – mówi chłopak i pędzi w stronę schodów.
- Poczekaj! – wołam za nim. Malec obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. – Jak masz na imię? – pytam.
- Patryk. – odpowiada chłopak i pędzi dalej schodami w górę.



- Zatem, jak mówisz, że nazywał się ów dzikus? – pyta Kajtek z rozbawieniem w oczach.



Paa ;* 
Gosia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz