Jutro lecę do Paryża! Czekałam na to od pierwszej klasy gimnazjum i wreszcie nadejdzie moment, w którym zobaczę na żywo wieżę Eiffla.
Dzisiaj robiłam sobie Decoupage ( oj, niestety nie z chęci, ale z przymusu...nie mam talentu do takich rzeczy). Przedstawię Wam moje dzieło, bo wyszło wcale nieźle ;)
To w zasadzie tyle ;)
Kolejna część książki się tu zaraz objawi ;)
- Patryk. Ale widzisz…zdaje się, ja chyba też
zwariowałam. – patrzę na niego oczyma pełnymi zapytania.
- Hmm, no, co ja mam ci odpowiedzieć…dobrze, że
w końcu to zrozumiałaś. Hehe.
- Uspokój się. – odpowiadam z nieskrywanym
rozrzewnieniem. Kajtek już się na mnie nie gniewa – znów jest jak dawniej.
Podnosi ręce w geście niewiniątka. – To pójdziesz tam ze mną? – pytam.
- Spoko. Tylko powiem Dawidowi, że jednak nie
zagramy po szkole w Lol’a. Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam.
- Żadne to poświęcenie. Całymi dniami siedzisz
i grasz w te głupoty.
- A ty całymi dniami siedzisz i oglądasz jakieś
babskie telenowele.
- Nie babskie telenowele, tylko „Sherlock’a”.
- Dobra, koniec. Pójdę tam z tobą. Chociaż…
- Co?
- Mam takie jakieś wrażenie, jakby on się z
ciebie nabijał.
- Kajtek, ja TO widziałam.
Stoimy przed szkołą i czekamy. Od dzwonka kończącego
lekcje, minęło równe piętnaście minut. Chłopak jeszcze się nie zjawił.
- Miał czekać. – zwracam się z irytacją do
Kajtka. – To nie ma sensu. Pewnie mnie nabrał i tyle. Chodźmy. – mówię wbrew
sobie samej.
- Poczekaj. – Kajtek zatrzymuje mnie ręką. –
Czy to on? – wskazuje podbródkiem w stronę zbliżającej się do nas postaci.
Jestem krótkowidzem i z tego powodu nie potrafię mu w pierwszej chwili
odpowiedzieć.
-
Tak, jakby. – mówię bez przekonania. – Chociaż nie, to nie on. – poprawiam się
stanowczym tonem.
-
No, cóż. Cieszę się, że to nie on, bo to jakiś dzieciak z drugiej klasy
podstawówki. Musiałabyś poważnie na głowę upaść, żeby mu uwierzyć. – mówi
Kajtek, a ja piorunuję go wzrokiem. – No, nie denerwuj się. – Kajtek podnosi
ręce w geście niewiniątka. – Chodźmy pod tę bibliotekę. Może tam go znajdziemy.
-
Serio? Masz czas? – mój przyjaciel kiwa głową. – Dziękuję. – Kierujemy się w
stronę drzwi wejściowych do szkoły. Nagle przystaję. Pewna myśl nie pozwoliła
mi pójść dalej.
-
A co, jeśli on się zjawi? Zaraz…tutaj?
-
To ty idź, a ja zostanę. – mówi bez namysłu Kajetan.
-
Okay. – mówię i ruszam dalej sama. - Jak będzie przy bibliotece, to zadzwonię.
– dodaję, otwierając równocześnie drzwi.
W
szkole panuje niezachwiana cisza. Panie sprzątaczki pochowały się w klasach,
sprzątając to, co my nabałaganiliśmy podczas lekcji. Tylko smród wciąż ten sam.
Czasem aż mdlący. Zapach preparatów do czyszczenia podłóg. Dzień spędzony w tej
szkole równa się zaśmierdniętym włosom i ciuchom.
Nie
oglądając się za siebie, mknę w stronę biblioteki szkolnej. Na ścianach (
starych już, pamiętających lata wojny) wiszą liczne podobizny laureatów
konkursów przedmiotowych wszystkich możliwych dziedzin: od języka francuskiego
po chemię. Niegdyś, jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum, pragnęłam znaleźć się
wśród nich. Moje nadzieje szybko spełzły na niczym. Ach, jakżeby było pięknie
cofnąć czas!, myślę z rozmarzeniem i w zadumie kontempluję kolejne twarze.
Każde ze zdjęć doskonale już znam. Idę prosto, po czym z pewnym wahaniem schodzę
podwójnymi schodami w dół. Szkoła to całkiem inne miejsce, kiedy nie ma w niej
ludzi. Tymi korytarzami zwykle chodzę, przedzierając się przez napierające
tłumy.
Tuż
przy skromnych drzwiach naszej biblioteki szkolnej leży plecak. Wnioskuję, że
należy on do Patryka. Niestety chłopca nie widać w najbliższej okolicy. Gdzież
on mógł poleźć? Przecież biblioteka o tej porze dawno zamknięta. Mimo woli, a
także jakiejkolwiek logiki przyciskam lekko klamkę, która pod wpływem naporu
odblokowuje zamknięte drzwi, co może graniczyć z cudem. Co prawda biblioteka
mogłaby przechodzić tak zwaną inwentaryzację, ale o tym nic mi nie wiadomo.
Cholera!
Wciąż zapomina o tym wysokim progu, który całkiem niepotrzebnie wmontowano w
wejściu do naszej szkolnej biblioteki jeszcze podczas remontu, który miał
miejsce dwa lata temu, czyli kiedy zaczynałam naukę w tym gimnazjum. Nie
zdążyłam się podtrzymać dłońmi, padam prosto na twarz. Na policzkach czuję
dziwne łaskotanie. Do moich nozdrzy dociera zapach świeżości. Widzę kolor
zielony. Leżę na trawie.
II
Niestety
nie jest mi dane spoczywać w owej pozycji długo. Nie dociera do mnie cały
absurd chwili. Widzę z naprzeciwka nadbiegającego Patryka. Wymachuje czymś w
moją stronę. Oślepia mnie słońce. Po lewej stronie widnieje cudowny, zielony
las, z prawej dziwaczna, drewniana osada, oddalona ode mnie parę kilometrów.
Wciąż nie umiem dostrzec, czym Patryk wymachuje. Uspokajam się myślą, że to
tylko mi się śni. Opętańczo szczypię się w nadgarstek. Czuję niebotyczny ból,
lecz sen się nie kończy.
Patryk
coś do mnie wrzeszczy. Pomału zaczynam rozróżniać słowa. Brzmią tak: „UCIE –
KAJ! SZYBKO!” Obracam się z wolna za siebie. To, co widzę sprawia, że kolana
automatycznie się pode mną uginają. Nie potrafię się ruszyć. Zaczyna do mnie
docierać, że moje życie skończy się tu i teraz. Nikt mnie nie znajdzie, będą
szukać, ale… na marne. Umrę staranowana przez…Albo jednak nie. Czuję, ze ktoś
wypycha mnie w stronę lasu. Patryk przybywa z odsieczą. Zielny las, pachnący
rumiankiem, niczym słodką nadzieją, staje się dla mnie twierdzą. Z przerażeniem
wpatruję się z odległości kilkudziesięciu metrów na cały oddział kawalerzystów
uzbrojonych w długie i z pewnością cholernie ostre miecze.
-
Co tu się dzieje? Gdzie my jesteśmy? Jeśli to żart, to wcale nie jest śmieszny!
– mówię jednym tchem.
-
Mam pewne przeczucia, ale nie jestem pewien.
-
Mówże! To nie ja chciałam odkrywać tajemnicę biblioteki! – stwierdzam z
oburzeniem, podczas gdy kolejne fale kawalerzystów maszerują w stronę osady.
-
Jak ty właściwie masz na imię?
-
Kalina. – odpowiadam z zażenowaniem.
-
Jak?
-
No przecież mówię, że Kalina. To jest takie dziwne?
-
Nie, skąd. Masz na imię, tak samo jak ligijska księżniczka z „Quo Vadis”.
-
Właśnie, dlatego mnie tak nazwano. – uśmiecham się do chłopca.
-
Nieźle. Ja mam na imię Patryk, bo rodzice obejrzeli „Dirty Dancing” z
Patrickiem Swayze w roli głównej.
-
Haha. Przynajmniej nie nosisz imienia rośliny należącej do rodziny
piżmaczkowatych, w obrębie której wyróżnia się 175 gatunków.
-
Spójrz! – syczy mi do ucha Patryk i wskazuje palcem na maszyny oblężnicze,
które właśnie toczą się po soczysto zielonej trawie. – To potworność,
aczkolwiek bitwa kończy się zwycięstwem.
-
Patryk, to coraz mniej mi się podoba. Wróćmy do szkoły.
-
Spoko, ale to nie będzie takie łatwe. Pamiętasz, co ci wcześniej mówiłem? Że się
czegoś domyślam? Teraz jestem pewien. Trafiliśmy do XII wieku, a dokładniej do
roku 1109.
-
Co ty opowiadasz? – zaczynam się śmiać.
-
Kalina, to nie są żarty. Jesteśmy w Polsce Piastów, a to, co mamy przed sobą to
początek oblężenia Głogowa.
-
Tam są dzieci! – krzyczę z przerażeniem. – Co oni chcą im zrobić? Dlaczego
przywiązali je do tych machin?
-
One zostaną użyte, jako zakładnicy…
-
Musimy je uwolnić! – patrzmy, jak ostatnia garść jazdy niemieckiej dochodzi do
grodu.
-
Nie możemy… chcą je zabić, prawda? – pytam i nie czekając na odpowiedź, ruszam
w stronę rycerzy. Nie wiem, czego oczekuję. Nie potrafię tego wyjaśnić. Działam
pod wpływem impulsu. Im bliżej jestem rycerzy, tym mniej pewnie się czuję.
Wiem, że czego bym nie zrobiła i tak nie uratuję dzieci. Idę, stąpam po
nagrzanej trawie. Nie obracam się. Patryk, najwyraźniej ruszył w ślad za mną.
Nagle słyszę wystrzał. Mrożący krew w żyłach krzyk. Maszyny oblężnicze
wystrzeliwują garść niewinnych istot prosto w mur. Czuję przejmujący ból w
sercu. Ktoś łapie mnie za rękę. Kajetan.
Wracamy
do lasu. Przy osadzie toczy się walka. Pod bukiem czeka Patryk. Siadam obok
drzewa, nie wiem, co mam czuć lub myśleć. Nienawiść ludzka przekracza moje
pojęcie.
-
One były niewinne…
-
Boże, Kalina! Ty naprawdę, zamierzałaś tam pójść?
-
Chyba tak. – odpowiadam Kajtkowi. Chłopak siada pod drzewem naprzeciwko mnie.
Słońce świeci nadal pełną piersią, jakby nie widziało okrucieństwa, które przed
chwilą się dokonało. Rumianki ze współczuciem przyglądają się naszym
przygnębionym obliczom. Cała natura zastygła w żałosnej zadumie.
-
O co chodzi? – pyta się w końcu Kajtek. – Co to za przedstawienie? – wskazuję
podbródkiem w stronę Patryka. Niech on wyjaśni. Sama się zastanawiam, czy w to
wierzę. Malec kiwa głową.
-Jesteśmy
w XII - wiecznej Polsce. Dokładniej w roku 1109. A to jest obrona Głogowa.
-
Masz bujną wyobraźnię, koleś. A tak naprawdę, to gdzie jesteśmy? – mówi Kajtek
ze śmiechem, a Patryk w zamyśleniu drapie się w brodę.
-
Kurde! Wiem, że to brzmi, jak bajka, ale wytłumacz w takim razie, to co się
wydarzyło pod murem?
-
To pewnie było inscenizowane. Słyszałem już kiedyś o czymś takim. Bitwa pod
Grunwaldem jest inscenizowana co roku.
-
Zaczekajmy, aż to się skończy. – szepczę.
-
To strata czasu. Co my tu robimy, do cholery! A może to tylko sen?
Gosia ;*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz