czwartek, 18 czerwca 2015

Hejoo ;*

Jak leci? U mnie dość spokojnie... rok szkolny się kończy. Mało osób przychodzi jeszcze w ogóle do szkoły. Jutro będą wyniki egzaminów gimnazjalnych, więc może więcej ludzi skusi się, aby przyjść. Komers już za tydzień w środę.. ćwiczymy poloneza i jest fajnie ;)
Wczoraj kupiłam sukienkę na komers... po buty jechałam specjalnie do sąsiedniego miasta. ;D





W środę czeka mnie jeszcze wizyta u znajomej fryzjerki. ;) 

Dwóch potężnych rycerzy prowadzi mnie do wioski. Bacznie mnie pilnują w obawie, żebym nie uciekła. Czuję się, jakbym była na wyjątkowo nieudanym obozie, gdzie noce spędza się na polu namiotowym, a dwóch osiłków to moi niezadowoleni wychowawcy. Dym palenisk roznosi się wokół w ohydnym odorze i przenikliwie szczypie w oczy. Staram się nie zwracać uwagi na posyłane w moją stronę zaciekawione spojrzenia. Po kilku minutach docieramy wreszcie do bramy, która na znak wysłany przez jednego z prowadzących mnie wojów, zostaje otworzona. Teraz już im nie ucieknę. Osada nie wygląda zbyt zachęcająco. Po drodze snuje się kilku pijanych mieszczan, których zdaje się w ogóle nie obchodzić zagrażające im niebezpieczeństwo. Z drewnianych budynków słychać płacz. Najprawdopodobniej wywołany za sprawą niemieckich katapult wysyłających tutejszą dziatwę w nicość. Do jednego z takich właśnie domów prowadzą mnie dwaj rycerze.
- Przepraszam. – zwracam się do nich. – Tutaj panuje tylko rozpacz i ból. Czy nie możemy pójść w miejsce, gdzie nie zostały poniesione ofiary.
- Ależ nie, panienko. Ofiary są kosztem życia. W tym domu nikt nikomu nie umarł.
- Skąd pan wie? - pytam ze zdziwieniem.
- Bo to mój dom. – odpowiada. Nie mam nic więcej do powiedzenia. W milczeniu pozwalam się zaprowadzić do chaty. Od samego progu do moich nozdrzy dopływa zapach pieczonego ciasta. Przełykam ślinę i przypominam sobie, że nie tknęłam owoców, które oferował nam Bolesław Krzywousty w swoim namiocie. Jest południe, a ja jeszcze nie miała dzisiaj nic w ustach. Przy stole krząta się jakaś ładna, młoda pani w czepeczku.
- Gustaw? – pyta zdziwiona. – Masz przestój? - Strażnik przecząco kiwa głową.
- Jestem na służbie. - odpowiada. – Książę nie dał mi wiele czasu. Czy mogę go zobaczyć? – pytanie jakby zawisa w powietrzu. Nie rozumiem, o co chodzi, lecz czuję, że z całą pewnością nie powinno mnie tu teraz być. Z oczu kobiety zaczynają płynąć łzy. Patrzy na mnie, jakoby dopiero teraz zauważyła moją obecność, po czym kieruje pytające spojrzenie w stronę swojego męża.
- Ta panienka zostanie przez jakiś czas pod naszą opieką. – mówi strażnik.
- Ach, tak. – odpowiada kobieta i wyciera szybkim ruchem łzy z twarzy. – Jest w drugiej izbie. – dodaje znacznie ciszej. Ja tymczasem nie mam pojęcia, o co chodzi. Rycerz mija mnie bez słowa i idzie w stronę izby, w której coś się znajduje.
Pani w czepeczku wita się z drugim strażnikiem, a potem również ze mną i zaprasza nas do stołu, gdzie stoi świeżo naszykowany posiłek.
- Chleb niedługo będzie gotów. – mówi.
- Marysia piecze najlepszy chleb w osadzie. –chwali panią w czepeczku drugi rycerz i zabiera się za pałaszowania kurczaka. Uśmiecham się w odpowiedzi i nieśmiało sięgam po udko.
- Zdzisław przesadza. – mówi ze śmiechem pani Marysia. – Choć nie przeczę, dorabiam w tutejszej piekarni.
- Ojej, to pewnie bardzo trudne. – próbuję powiedzieć coś, co można by uznać za mądre. Kobieta patrzy na mnie z dziwnym uśmiechem, ale nic nie mówi. Z zakłopotaniem wbijam wzrok w stół.
- Maria jest skromna. Praca nie przynosi jej żadnych trudów, ponieważ ma talent. – przerywa ciszę Zdzisław.
- Ja nigdy nie piekłam. – mówię z zażenowaniem.
- Naprawdę? To chyba musi oznaczać, że panienka jest jaką królewną.
- Nie, skąd. –zaprzeczam speszona. W tym momencie do maciupkiej kuchni wkracza Gustaw. Czuję ulgę, że nie będę musiała się dłużej tłumaczyć. Dopiero po chwili zauważam małego chłopca kroczącego za mężczyzną.
- I jak tam Gromek? – pyta Zdzisław. – Byłeś odważny?
- Jak nigdy, proszę wujka.
- To ci się chwali, młody giermku. – odpowiada Zdzisław i czochra chłopcu fryzurę, na co ten wypina prężnie pierś. Uśmiecham się na ów widok i w skupieniu staram się być niezauważoną. Nagle mój wzrok styka się ze wzrokiem Gustawa. Wyczuwam w nim silne napięcie. Z całą pewnością zaraz zapadnę się pod ziemię.
- Coś się stało? – pytam.
- Nie wiem panienko, skąd cię tu licho przywiało, ale pamiętaj, jeśli twój lud jest odpowiedzialny za całe to zło i cierpienie, to nie popuszczę wam tego płazem.
- W żadnym wypadku…
- Zobaczymy! - przerywa mi brutalnie Gustaw, a jego twarz przybiera groźny wyraz. W oczach stają mi łzy. Babcia zawsze powtarzała, że posiadam niezwykłą zdolność wyczuwania zmian tonu głosu. Jeśli ktoś powiedział coś troszkę głośniej, ja już wpadałam w szał.
Jednakże twarz Gustawa nagle łagodnieje, wyzbyta ze złowrogich zmarszczek w okolicy przerwy między brwiami i pojawia się na niej przyjazny uśmiech. Bierze do ręki kielich napełniony czerwoną konsystencją i wznosi do góry z zawołaniem „Za zdrowie naszego syna”, po czym smutnieje i dodaje „ Za śmierć niewinnych, młodych bohaterów”.
Teraz już nie wytrzymuję. Tłamszone we mnie emocje pękają, jak wypuszczona od dłuższego czasu na powietrze, bańka mydlana.
- A tej, co? – słyszę nad sobą głos Gromka. Podnoszę moje zwilgotniałe oczy na chłopca i wzruszam ramionami. Maluch obejmuje mnie najmocniej, jak pozwala mu na to jego kilkuletnia postura.
- Nie martw się. – mówi. – Jeśli będziesz chciała, też będziesz mogła zostać bohaterką.
- Nie jestem dość odważna. Bohater musi być odważny.
- Nie. Tata mówi, że każdy się boi.
- To prawda. –przyznaje Maria.


Leżę na czymś niezwykle niewygodnym. Przez pół przymknięte oczy docierają do mnie niechciane promienie słońca. Po głowie chodzi mi tylko jedna myśl. Brzmi mniej więcej tak: Boże, jak ja mam dość tej głupiej szkoły. Ludzie to idioci. Nauczyciele to świry. I wciąż od nowa. Jakoby zacinająca się od dawna płyta. Czekam już tylko na znienawidzony odgłos budzika.
- Długo będziesz jeszcze spała? – słyszę nad sobą głos. Jakiś dziwny, nieznany. Nagle zaczynają do mnie docierać wszystkie wydarzenie minionego dnia. Patryk, biblioteka, zamordowane dzieci, Kajtek ratujący mi tyłek, Gustaw, Maria, Gromek…. Zamordowane dzieci, bezczynność, egoizm, ból…
- Chyba nie. – odpowiadam.
- To dobrze. – mówi Gromek. – Mateczka poszła do piekarni. Pomaga tutejszemu piekarzowi. Potem pewnie pójdzie do starego Bożydara. Stary Bożydar jest strasznie stary.
- Aha. W zasadzie, to ja już wstaję.
- Jesteś głodna? Mateczka zostawiła dla ciebie świeżą pajdę chleba.
- Konam z głodu. Czy jest tu łazienka?
- Słucham?
- Zapomniałam, że znajduję się w XII wieku.
- Dziwna jesteś. W ogóle cię nie rozumiem.
- Ja sama również siebie nie rozumiem.
- Jak możesz żyć nie rozumiejąc samej siebie? Ja tam zawsze wiem, czego mi potrzeba.
- To masz szczęście. – odpowiadam i na tym kończy się nasza wymiana zdań. Przed śniadaniem nerwowo szukam miejsca, w którym mogłabym się choć częściowo wypróżnić. Zdołowana i z pewnym zażenowaniem znajduję odpowiednie miejsce. Jest to niewidoczny fragment pola, tuż za dobudówką przy chacie.
- Hop, hop! Panienko?!
- Już idę! – krzyczę i omal nie przewracam się, próbując wstać z pozycji klęczącej. Matka Gromka kazała mi wczoraj „przyodziać się” w jakąś jej starą sukienką, którą nosiła będąc mniej więcej w moim wieku. Maria jest jedynie kilka lat ode mnie starsza. Szybkim krokiem wracam do przyjemnie chłodnej chaty. Tam pierwszą rzeczą, którą widzą moje oczy, jest wycelowana we mnie proca, a za nią pyzata twarz Gromka, wykrzywiona w złośliwym, bezzębnym uśmiechu. Podnoszę ręce w geście kapitulacji, co bawi i zachęca do psot, Gromka.
- Będziesz się ze mną bawiła, panienko? – pyta chłopczyk.
- Po pierwsze, żadna ze mnie panienka. Mam na imię Kalina, miło mi. A zabawę odłożymy na po śniadaniu, dobrze?
- Szwarno żeś jest Kalinko.
- Ty również, mój paniczu.


Nie mam pojęcia, która jest godzina. Dziwię się, że rodzice zostawili Gromka w chacie, ale też zdaję sobie sprawę, iż opiekę nad chłopcem powierzono najwyraźniej mnie. I pragnę temu zadaniu podołać. Chleb smakuje równie dobrze, co wczoraj. Zastanawiam się nad koniecznością spotkania z Kajtkiem i Patrykiem. Nikt nie zakazał mi wychodzenia z chaty. Jeśli chciałabym się z nimi spotkać, musiałabym wyjść poza osadę, a z tym już może być problem.
- Gromek? – przerywam chłopcu daremną zabawę w łapanie ohydnego karalucha. Malec przystaje i wpatruje się we mnie wielkimi kasztanowymi oczętami. – Czy chciałbyś pójść ze mną na spacer?
- Na co?
- Czy pobawimy się na dworze?
- A gdzie indziej można się bawić? – pyta ze zdziwieniem chłopczyk.
- Tylko na dworze. – stawiam sprawę jasno i uśmiecham się do Gromka. – Idziemy?
- Oczywiście.


I jak?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz