Wczoraj kupiłam sukienkę na komers... po buty jechałam specjalnie do sąsiedniego miasta. ;D
W środę czeka mnie jeszcze wizyta u znajomej fryzjerki. ;)
Dwóch potężnych rycerzy prowadzi mnie do wioski.
Bacznie mnie pilnują w obawie, żebym nie uciekła. Czuję się, jakbym była na
wyjątkowo nieudanym obozie, gdzie noce spędza się na polu namiotowym, a dwóch osiłków
to moi niezadowoleni wychowawcy. Dym palenisk roznosi się wokół w ohydnym odorze
i przenikliwie szczypie w oczy. Staram się nie zwracać uwagi na posyłane w moją
stronę zaciekawione spojrzenia. Po kilku minutach docieramy wreszcie do bramy,
która na znak wysłany przez jednego z prowadzących mnie wojów, zostaje
otworzona. Teraz już im nie ucieknę. Osada nie wygląda zbyt zachęcająco. Po
drodze snuje się kilku pijanych mieszczan, których zdaje się w ogóle nie
obchodzić zagrażające im niebezpieczeństwo. Z drewnianych budynków słychać
płacz. Najprawdopodobniej wywołany za sprawą niemieckich katapult wysyłających tutejszą
dziatwę w nicość. Do jednego z takich właśnie domów prowadzą mnie dwaj rycerze.
- Przepraszam. – zwracam się do nich. – Tutaj
panuje tylko rozpacz i ból. Czy nie możemy pójść w miejsce, gdzie nie zostały
poniesione ofiary.
- Ależ nie, panienko. Ofiary są kosztem życia. W
tym domu nikt nikomu nie umarł.
- Skąd pan wie? - pytam ze zdziwieniem.
- Bo to mój dom. – odpowiada. Nie mam nic więcej do
powiedzenia. W milczeniu pozwalam się zaprowadzić do chaty. Od samego progu do
moich nozdrzy dopływa zapach pieczonego ciasta. Przełykam ślinę i przypominam
sobie, że nie tknęłam owoców, które oferował nam Bolesław Krzywousty w swoim
namiocie. Jest południe, a ja jeszcze nie miała dzisiaj nic w ustach. Przy
stole krząta się jakaś ładna, młoda pani w czepeczku.
- Gustaw? – pyta zdziwiona. – Masz przestój? -
Strażnik przecząco kiwa głową.
- Jestem na służbie. - odpowiada. – Książę nie dał
mi wiele czasu. Czy mogę go zobaczyć? – pytanie jakby zawisa w powietrzu. Nie
rozumiem, o co chodzi, lecz czuję, że z całą pewnością nie powinno mnie tu
teraz być. Z oczu kobiety zaczynają płynąć łzy. Patrzy na mnie, jakoby dopiero
teraz zauważyła moją obecność, po czym kieruje pytające spojrzenie w stronę
swojego męża.
- Ta panienka zostanie przez jakiś czas pod naszą
opieką. – mówi strażnik.
- Ach, tak. – odpowiada kobieta i wyciera szybkim
ruchem łzy z twarzy. – Jest w drugiej izbie. – dodaje znacznie ciszej. Ja
tymczasem nie mam pojęcia, o co chodzi. Rycerz mija mnie bez słowa i idzie w
stronę izby, w której coś się znajduje.
Pani w czepeczku wita się z drugim strażnikiem, a
potem również ze mną i zaprasza nas do stołu, gdzie stoi świeżo naszykowany
posiłek.
- Chleb niedługo będzie gotów. – mówi.
- Marysia piecze najlepszy chleb w osadzie. –chwali
panią w czepeczku drugi rycerz i zabiera się za pałaszowania kurczaka.
Uśmiecham się w odpowiedzi i nieśmiało sięgam po udko.
- Zdzisław przesadza. – mówi ze śmiechem pani Marysia.
– Choć nie przeczę, dorabiam w tutejszej piekarni.
- Ojej, to pewnie bardzo trudne. – próbuję
powiedzieć coś, co można by uznać za mądre. Kobieta patrzy na mnie z dziwnym
uśmiechem, ale nic nie mówi. Z zakłopotaniem wbijam wzrok w stół.
- Maria jest skromna. Praca nie przynosi jej
żadnych trudów, ponieważ ma talent. – przerywa ciszę Zdzisław.
- Ja nigdy nie piekłam. – mówię z zażenowaniem.
- Naprawdę? To chyba musi oznaczać, że panienka
jest jaką królewną.
- Nie, skąd. –zaprzeczam speszona. W tym momencie
do maciupkiej kuchni wkracza Gustaw. Czuję ulgę, że nie będę musiała się dłużej
tłumaczyć. Dopiero po chwili zauważam małego chłopca kroczącego za mężczyzną.
- I jak tam Gromek? – pyta Zdzisław. – Byłeś
odważny?
- Jak nigdy, proszę wujka.
- To ci się chwali, młody giermku. – odpowiada
Zdzisław i czochra chłopcu fryzurę, na co ten wypina prężnie pierś. Uśmiecham
się na ów widok i w skupieniu staram się być niezauważoną. Nagle mój wzrok
styka się ze wzrokiem Gustawa. Wyczuwam w nim silne napięcie. Z całą pewnością
zaraz zapadnę się pod ziemię.
- Coś się stało? – pytam.
- Nie wiem panienko, skąd cię tu licho przywiało,
ale pamiętaj, jeśli twój lud jest odpowiedzialny za całe to zło i cierpienie,
to nie popuszczę wam tego płazem.
- W żadnym wypadku…
- Zobaczymy! - przerywa mi brutalnie Gustaw, a jego
twarz przybiera groźny wyraz. W oczach stają mi łzy. Babcia zawsze powtarzała,
że posiadam niezwykłą zdolność wyczuwania zmian tonu głosu. Jeśli ktoś
powiedział coś troszkę głośniej, ja już wpadałam w szał.
Jednakże twarz Gustawa nagle łagodnieje, wyzbyta ze
złowrogich zmarszczek w okolicy przerwy między brwiami i pojawia się na niej
przyjazny uśmiech. Bierze do ręki kielich napełniony czerwoną konsystencją i
wznosi do góry z zawołaniem „Za zdrowie naszego syna”, po czym smutnieje i
dodaje „ Za śmierć niewinnych, młodych bohaterów”.
Teraz już nie wytrzymuję. Tłamszone we mnie emocje
pękają, jak wypuszczona od dłuższego czasu na powietrze, bańka mydlana.
- A tej, co? – słyszę nad sobą głos Gromka.
Podnoszę moje zwilgotniałe oczy na chłopca i wzruszam ramionami. Maluch
obejmuje mnie najmocniej, jak pozwala mu na to jego kilkuletnia postura.
- Nie martw się. – mówi. – Jeśli będziesz chciała,
też będziesz mogła zostać bohaterką.
- Nie jestem dość odważna. Bohater musi być
odważny.
- Nie. Tata mówi, że każdy się boi.
- To prawda. –przyznaje Maria.
Leżę na czymś
niezwykle niewygodnym. Przez pół przymknięte oczy docierają do mnie niechciane
promienie słońca. Po głowie chodzi mi tylko jedna myśl. Brzmi mniej więcej tak:
Boże, jak ja mam dość tej głupiej szkoły. Ludzie to idioci. Nauczyciele to
świry. I wciąż od nowa. Jakoby zacinająca się od dawna płyta. Czekam już tylko
na znienawidzony odgłos budzika.
- Długo będziesz
jeszcze spała? – słyszę nad sobą głos. Jakiś dziwny, nieznany. Nagle zaczynają
do mnie docierać wszystkie wydarzenie minionego dnia. Patryk, biblioteka,
zamordowane dzieci, Kajtek ratujący mi tyłek, Gustaw, Maria, Gromek….
Zamordowane dzieci, bezczynność, egoizm, ból…
- Chyba nie. –
odpowiadam.
- To dobrze. – mówi
Gromek. – Mateczka poszła do piekarni. Pomaga tutejszemu piekarzowi. Potem
pewnie pójdzie do starego Bożydara. Stary Bożydar jest strasznie stary.
- Aha. W zasadzie,
to ja już wstaję.
- Jesteś głodna?
Mateczka zostawiła dla ciebie świeżą pajdę chleba.
- Konam z głodu. Czy
jest tu łazienka?
- Słucham?
- Zapomniałam, że
znajduję się w XII wieku.
- Dziwna jesteś. W
ogóle cię nie rozumiem.
- Ja sama również
siebie nie rozumiem.
- Jak możesz żyć nie
rozumiejąc samej siebie? Ja tam zawsze wiem, czego mi potrzeba.
- To masz szczęście.
– odpowiadam i na tym kończy się nasza wymiana zdań. Przed śniadaniem nerwowo
szukam miejsca, w którym mogłabym się choć częściowo wypróżnić. Zdołowana i z
pewnym zażenowaniem znajduję odpowiednie miejsce. Jest to niewidoczny fragment
pola, tuż za dobudówką przy chacie.
- Hop, hop!
Panienko?!
- Już idę! – krzyczę
i omal nie przewracam się, próbując wstać z pozycji klęczącej. Matka Gromka
kazała mi wczoraj „przyodziać się” w jakąś jej starą sukienką, którą nosiła
będąc mniej więcej w moim wieku. Maria jest jedynie kilka lat ode mnie starsza.
Szybkim krokiem wracam do przyjemnie chłodnej chaty. Tam pierwszą rzeczą, którą
widzą moje oczy, jest wycelowana we mnie proca, a za nią pyzata twarz Gromka,
wykrzywiona w złośliwym, bezzębnym uśmiechu. Podnoszę ręce w geście
kapitulacji, co bawi i zachęca do psot, Gromka.
- Będziesz się ze
mną bawiła, panienko? – pyta chłopczyk.
- Po pierwsze, żadna
ze mnie panienka. Mam na imię Kalina, miło mi. A zabawę odłożymy na po
śniadaniu, dobrze?
- Szwarno żeś jest
Kalinko.
- Ty również, mój
paniczu.
Nie mam pojęcia,
która jest godzina. Dziwię się, że rodzice zostawili Gromka w chacie, ale też
zdaję sobie sprawę, iż opiekę nad chłopcem powierzono najwyraźniej mnie. I
pragnę temu zadaniu podołać. Chleb smakuje równie dobrze, co wczoraj.
Zastanawiam się nad koniecznością spotkania z Kajtkiem i Patrykiem. Nikt nie
zakazał mi wychodzenia z chaty. Jeśli chciałabym się z nimi spotkać, musiałabym
wyjść poza osadę, a z tym już może być problem.
- Gromek? –
przerywam chłopcu daremną zabawę w łapanie ohydnego karalucha. Malec przystaje
i wpatruje się we mnie wielkimi kasztanowymi oczętami. – Czy chciałbyś pójść ze
mną na spacer?
- Na co?
- Czy pobawimy się
na dworze?
- A gdzie indziej
można się bawić? – pyta ze zdziwieniem chłopczyk.
- Tylko na dworze. –
stawiam sprawę jasno i uśmiecham się do Gromka. – Idziemy?
- Oczywiście.
I jak?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz