niedziela, 31 maja 2015

Hej ;* Dziś niedziela, dzień wolny, spokojny, trochę przymulony, ale wolny ;)
Parę dni temu zaczęłam czytać świetną książkę:



Także polecam i daję świadectwo, że trudno się od niej oderwać ;)
Byłam wczoraj w Rydułtowach na występie mojej kuzynki. Tańczy ona zapalczywie od kilku już lat taniec irlandzki... bardzo ciekawy zresztą. Muszę przyznać, że w pewien sposób zdumiewa mnie on, gdyż cała sztuka polega na niezwykłym ruchu nóg, ponieważ od tułowia w górę ciało pozostaje niewzruszone. Najbardziej jednak ( oczywiście oprócz mojej kuzynki) zachwycił mnie jej kolega z zespołu "Salake", jedyny chłopak wśród około dwudziestki dziewczyn. Z pewnością dobrze mu się z nimi pracuje :D

A teraz drugi fragment mojego "dzieła" :D :

II

- Idę w górę. Pod sobą mam fragment zielonej łąki, od której zaczynałam moją wędrówkę. Coś nie daje mi spokoju. Muszę iść wyżej i wyżej. Opuszkami palców dotykam cudownej białej konsystencji. To nie para wodna, to mały figlarny baranek. Dalej biegniemy razem. Przez pełne chmur niebo. W nieskończoność. Już nic nas nie zatrzyma. Jesteśmy wolni. – kończę z namaszczeniem i słyszę kilka urywanych chichotów w pierwszych ławkach.
- Pięknie, Kalino. – rzekła wzruszona polonistka, ocierając łzy spod piwnych oczu. – Masz wielki talent. – zbiorowe prychnięcie z pierwszych ławek.
Ze spuszczoną głową wracam na swoje miejsce w tylnej części klasy. Czuję, jak cała się czerwienię pod ironicznymi spojrzeniami z ławek. Weronika, dziewczyna, z którą siedzę na lekcji języka polskiego, w sposób kojący puszcza do mnie oko. W odpowiedzi lekko się uśmiecham.
*

- Oczywiście, musiałaś się popisywać. – pierwsze, co słyszę z ust mojego najlepszego przyjaciela, Kajtka.
- Spadaj. – odpowiadam automatycznie. Wracamy razem do domu, gdyż będziemy robić projekt na WOS.
- JA? Jak TO? – patrzymy na siebie w skupieniu i po chwili równocześnie wybuchamy śmiechem.
Kajtka poznałam w przedszkolu. Zdarzyło się to w pięciolatkach. Pewnego dnia mały Kajtuś zabrał mi moją ulubioną barbie. Na coś takiego nie pozwalała moja pięcioletnia duma. Ruszyłam w pogoń za wstrętnym łobuzem, ale niestety złapała mnie pani przedszkolanka i surowo zakazała urządzania sobie podobnych zabaw, po czym dostałam nakaz stania „w kącie”. Tego było za wiele. Mój honor został pogwałcony, a mały przestępca pokazał mi język i uciekł. Oj, nie lubiliśmy się.
Prawdziwa przyjaźń przyszła w pierwszej klasie podstawówki. Był to rok, w którym zmarła moja babcia. Wciąż płakałam. Nie umiałam się odnaleźć w nowej klasie. Z nikim się nie przyjaźniłam. Wtedy on mnie uratował. Pomógł mi swoim kojącym uśmiechem i przyjaznym kuksańcem w bok. Powiedziałam mu o śmierci babci. On opowiedział mi o swoim dziadku, który zmarł „w sześciolatkach”. Potem wszystko potoczyło się samo. Teraz kończymy trzecią klasę gimnazjum i wciąż się przyjaźnimy.
- Masz prawdziwy talent. Powinnaś go rozwijać. – mówi Kajtek, a ja patrzę na niego ze zdziwieniem. Powiedział to całkiem poważnie.
- Kajtek, nie sądzisz chyba…
- Mogłabyś zacząć pisać książki. – raz jeszcze patrzę na jego profil: długie ciemne rzęsy, prosty nos i ostry podbródek.
- A ty mógłbyś zostać piłkarzem. – uśmiecham się i krzyczę, ile tchu w piersi. – Kto ostatni, ten kebab!
- Boże, jaka ty dziecinna! – woła za mną Kajtek, ale biegnie i w końcu mnie wyprzedza. Kiedy dobiegam do mojego przyjaciela stojącego już przed mym domem i dyszącego w pozycji zgiętej w pół, przepełnia mnie nieopanowane szczęście. Mam ochotę skakać, mimo, że nie mam już siły na kolejny krok. Dociera do mnie, że życie jest piękne i dobrze jest mieć przyjaciela.
- Chcę na zawsze pozostać dzieckiem! – wołam.
- Wiesz, że to niemożliwe. – odpowiada krótko Kajtek i patrzy na mnie z zaciekawieniem.
- Taa. Chodźmy na górę. – mówię z niepokojącą irytacją.
Od progu domu wita nas kot Ambroży. Głaszczę go pod bródką, po czym prowadzę Kajtka do mego pokoju, który znajduje się na drugim końcu mieszkania.
- Nowy dywan? – pyta od niechcenia Kajtek.
- Oo, zauważyłeś. – odpowiadam z uśmiechem. Zawsze, kiedy musimy odrobić wspólnie pracę do szkoły, robimy to u mnie w domu. Kajtek ma trójkę młodszego rodzeństwa, a ja prawie cały dzień bywam sama z Ambrożym. Dlatego też mój przyjaciel, świetnie zna moje mieszkanie, nie mówiąc już o mym własnym pokoju.
Kajetan bierze do rąk, ramkę ze zdjęciem mojej babci, które stoi na mahoniowym biurku odkąd umarła. Na fotografii, babcia jest parę lat ode mnie starsza. Uśmiecha się żywo do aparatu. Ma na sobie śliczną sukienkę. Niestety nie mam pojęcia, jakiego koloru jest tkanina, gdyż zdjęcie zostało wykonane w barwach biało – czarnych.
- Jesteś do niej podobna. – mówi Kajtek. Uśmiecham się do niego i kiwam głową. Nieraz już słyszałam tego typu komentarze. Cieszy mnie to, a równocześnie zawstydza. Włosy zazwyczaj rozpuszczone w kolorze ciemny blond, szarozielone oczy i piegi, które napawają mnie ogromną frustracją. Babcia miała twarz czystą niczym jedwab. Ani jednego piega. Coś tak nieistotnego, a jednak sprawia wielką różnicę.
- Kajtuś… powiedz mi, kolego, czy, aby masz jakiś pomysł w związku z projektem na lekcję WOS-u?
- Owszem. Przypomnij mi tylko…jaki był temat?
- Nie było tematu. Mamy po prostu zrobić jakąś reklamę społeczną. – odpowiadam i puszczam do niego oczko.
- Oj tam, czepiasz się. – Kajetan z lekka się czerwieni. – Mam pomysł. – oznajmia po chwili. Podnoszę brew z niedowierzaniem. – Ty mi go podsunęłaś.
- Siedząc i nic nie mówiąc?
- Nie, wcześniej. Mówiłaś, że chciałabyś na zawsze pozostać dzieckiem.
- No…
- Może „ Stop przemocy dzieciom”?
- Albo: „Dziecko nie rozumie. Dziecko czuje”?
- Świetne.




Jeszcze coś specjalnie dla Was *-* :




Gosia ;*

środa, 27 maja 2015

Cześć ;) Życie jest piękne..jaki to banał, ale prawdziwy. Miałam dzisiaj taką chwilę zadumy, która w pewien sposób mnie przeraziła. Wyobraziłam sobie mą własną starość, w której jestem małą zrzędzącą babcią, która nie wie, co ze sobą począć. Lubię starsze panie... bywają przemiłe, ale coś mi się wydaje, że ja osobiście nie sprawdziłabym się w tej roli, jak na razie.


Mam szesnaście lat, więc chyba posiadam jeszcze trochę czasu, aby się do tego przygotować ;)

Oto, co jest głównym powodem mojego pojawienia się tu... proszę o Wasze opinie:

I
Kiedy byłam mała, marzyłam, by zamieszkać na chmurce. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, że jest to po prostu para wodna. Oczyma wyobraźni widziałam siebie leżącą na jednej z perłowo białych owieczek, zawieszonych na błękicie nieba i spoglądającą ze wzruszeniem na piękny świat. W dłoniach czułam rozkoszną miękkość i delikatność mojego podniebnego baranka. Sama nie wiem, czy było mi wtedy łatwiej niż teraz…choć ludzie mówią, że było.
Od tamtego czasu, trwam w dość oryginalnym postanowieniu, a mianowicie: do końca życia pozostać dzieckiem. Z pewnością jest to niecodzienne marzenie, gdyż koniec końców każdy z nas stanie się dorosłym człowiekiem. Zastanawialiście się kiedyś, co oznacza „dorosnąć”? Myśl, że z dniem osiemnastych urodzin ni stąd ni zowąd staniemy się dojrzali, oczywiście jest błędna.
To trudne pytanie. Dość często zadawałam je dorosłym, którzy wydawali mi się najbardziej dojrzali. Wszyscy oni patrzyli na mnie ze zdziwieniem lub odpowiadali bardzo niemądrze, przez co tracili w moich oczach autorytet, a także przekonanie, iż są dojrzali.
Pewnego dnia zadałam to pytanie mojej babci. Uważałam ją za bardzo ciepłą i wrażliwą osobę, aczkolwiek potrafiła być surowa. Niejednokrotnie widziałam jak się złości, a nawet płacze. Ciężko chorowała. Trudno jej się było pogodzić z tym , że nie może dać nam z siebie tak wiele, jak niegdyś. W końcu znalazła w sobie nakłady pokory, które sprawiły, że pogodziła się ze swoim stanem.
Babcia leżała w łóżku. Nie było to dla mnie szokiem, gdyż od kilku miesięcy widywałam ją już tylko na posłaniu. Przyniosłam książkę, po którą wybrałam się wcześniej do biblioteki. Czytałam głośno. Babcia mówiła, że mój głos ją uspokaja. Kiedy skończyłam trzeci z kolei rozdział, spostrzegłam, że babcia śpi. Na początku byłam nadąsana, lecz potem, gdy spojrzałam na jej zamknięte powieki i usłyszałam jej równomierny oddech, poczułam kojące ciepło w sercu. Nie potrafię tego opisać. Wydaję mi się, że coś takiego można poczuć wyłącznie wtedy, gdy się kogoś bardzo kocha.
- Babciu, co to znaczy „dorosnąć”? – spytałam szeptem i odgarnęłam kosmyk siwych włosów, który spłynął jej na policzek.
- To pytanie od dłuższego czasu cię zamęcza, mam rację? – powiedziała babcia, a ja aż wzdrygnęłam się ze zdziwienia. Nieźle mnie przestraszyła. W odpowiedzi kiwnęłam głową.
- To nie jest łatwe. Wiele ludzi wchodzi w świat dorosłych, nie mając o nim pojęcia. – powiedziała.
- A ty?
- Ja też. Ale udało mi się odnaleźć, to czego szukałam. Odpowiedź.
- Babciu?
- Tak?
- A powiesz mi?
- Następnym razem, surykatko.
- Dobrze, ale obiecaj.
- Obiecuję.
W następnym tygodniu, mama wzięła nadgodziny, a tata pracował na nocną zmianę, zatem nie udało mi się odwiedzić babci ani razu. Wtedy odeszła. Zmarła. Czułam się, jakbym straciła część siebie lub ważny kawałek swojego życia. Dziecko nie rozumie. Dziecko czuje.
Nie mówiono mi, ze babcia wyjechała gdzieś daleko i w najbliższym czasie jej nie ujrzę. I tak bym w to nie uwierzyła. Ona by nas nie zostawiła.
Babcia umarła. Nie rozumiałam, co to oznacza, ale byłam świadoma, że już jej nigdy nie zobaczę. Przynajmniej nie tu i nie teraz. Wielokrotnie przywoływałam w myślach jej twarz. Tak, to była twarz dojrzałego człowieka.

To prolog do "książki", którą sobie po cichu piszę ;)

                                                                                                  Gosia ;*