poniedziałek, 15 czerwca 2015

Hejoo ;)

Co tam u Was kochani? Ja przedwczoraj wróciłam z Paryża. Muszę przyznać, że mimo przereklamowania i nadnaturalnych zachwytów nad tym miejscem, stolica Francji naprawdę podbiła moje serce. Myślałam, że będzie wręcz przeciwnie, a tu taka niespodzianka.
Muszę przyznać, że cudowna atmosfera, była zasługą niesamowitych ludzi ;)

Taka tam ja na lotnisku xdd
kocham moją przyjaciółkę ;*


Na dachu najbardziej ekskluzywnej galerii w Paryżu *-*


Les Invalides...


Na wieży Eiffel'a ;)


Louvre... gdzieś tam jest Mona Lisa ;)



- Nic z tego. Próbowałam się obudzić i jak widzisz nadal tu jestem.
- Może to nie twój sen?
- Co ty wygadujesz? Czujesz się, jak mara senna? Bo ja nie.
- To będzie trwało dość długo. – zapowiada Patryk. – Pójście tam nie jest bezpieczne.
Nikt się już więcej nie odzywa. Myślę o rodzicach, którzy z pewnością czekają na mnie w domu. Już dawno powinnam była wrócić. Z odległości kilku kilometrów widzimy tylko małe sylwetki rycerzy. Wojownicy dwóch przeciwnych sobie narodów walczą zacięcie. Przechodzi mi po plecach dreszcz. Oni się nawzajem zabijają. Wcale nie mam ochoty na to patrzeć. Spuszczam głowę i próbuję zająć myśli czymś przyjemnym. Nie za bardzo mi to wychodzi. Najwyraźniej Kajetan to zauważył, gdyż siada obok mnie, zostawiając Patryka samego sobie. Malec zawzięcie wpatruje się w walczących kawalerzystów próbujących przedostać się do miasteczka.
- To wszystko jest na niby, ale wiesz…zaimponowałaś mi. – przyznaje Kajtek. Patrzę na niego ze zmieszaniem. – Przypomina mi to, taki jeden wiersz.
- O Boże! Kajtek czyta wiersze… skonam!
- Cicho…chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli?! – beszta mnie Kajtuś. – Nawet, jeśli to tylko jedna osoba. – dodaje przyciszonym głosem. – Poza tym ten wiersz jest spoko.

Dawniej kiedy nie wiem
dawniej myślałem że mam prawo obowiązek
krzyczeć na oracza
patrz patrz słuchaj pniu
Ikar spada
Ikar tonie syn marzenia
porzuć pług
porzuć ziemię
otwórz oczy
tam Ikar
tonie
albo ten pastuch
tyłem odwrócony do dramatu
skrzydeł słońca lotu
upadek

Lecz teraz kiedy nie wiem
wiem że oracz winien orać ziemię
pasterz pilnować trzody
przygoda Ikara nie jest ich przygodą
musi się tak skończyć

I nie ma w tym nic
wstrząsającego
że piękny statek płynie dalej
do portu przeznaczenia


- Ten wiersz jest przygnębiający. – mówię.
- No cóż, mnie się podoba.
- Jest piękny, ale…przygnębiający. Nie uratowałbyś komuś życia, bo to nie twoja sprawa?
- Oczywiście, że bym uratował.
- Ale ten wiersz jest właśnie o czymś przeciwnym.
- Nie krzycz. Nie zrozumiałaś mnie. Różewicz napisał ten wiersz, kiedy był na skraju depresji. Jego oczy widziały okrutne rzeczy.
- Stracił wiarę w człowieka?
- W pewnym sensie. Wiarę i nadzieję.
- Pozostała mu tylko miłość.
- A miłość rodzi nadzieję…
- …i wiarę.
- To bez sensu.
- No, trochę. Przynajmniej jest piękne. - uśmiecham się. Jeszcze kilka minut siedzimy zajęci własnymi myślami. Patrzę na mojego przyjaciela, który wciąż znajduje się obok mnie. Słychać jego monotonny oddech. Kajtek bez celu zeskrobuje korę z drzewa. Mam poczucie winy związane z odbywającą się nieopodal walką, która swoją drogą niebezpiecznie się przedłuża. W końcu udaje mi się zasnąć. Po kilku godzinach, które zdawały się być krótką chwilą, budzi mnie Patryk.
- Co jest? – pytam zirytowana.
- Skończyli. – odpowiada malec.
- No i co z tego?
- Moglibyśmy pójść do osady poprosić o kawałek chleba. Nie jesteś głodna? – nagle zaczynam odczuwać mdlący głód. Głupio mi się przyznać, ale kiwam głową w cichym potwierdzeniu.
- Obudź go. – Patryk wskazuje na Kajtka.
- Sam go obudź. On jest agresywny, kiedy mu się coś przerywa.
- OMG. Kobiety! – wzdycha pod nosem Patryk.
- Co powiedziałeś? – nie wytrzymuję i wstaję na równe nogi, mimo, że jeszcze przed chwilą, nie miałam na nic siły. – Sama to zrobię. – trochę mi głupio, że tak łatwo dałam się oszwabić. Teraz nie zostaje mi nic innego, jak unieść się własną dumą.
- Wstawaj, głąbie! – szturcham Kajtka w nogę. Ten, nie reaguje. – Kajtek, wstajemy! – dodaję łagodniej.
- Czego?
- Chcemy iść do osady i kupić coś do zjedzenia.
- Spoko. – mówi Kajtek i przewraca się na drugi bok. Patrzę z rezygnacją na Patryka.
- No, nic. – chłopak wzrusza ramionami. – Wygląda na to, że będę musiał się tam udać sam.
- Nie ma mowy. – odpowiadam z przekonaniem i wstaję z pozycji klęczącej. – Ja tam pójdę.
- Ty? – pyta ze zdziwieniem Patryk.
- Czuję się winna. – mówię. – Że wtedy nie udało mi się uratować tych dzieci.
- Nie mogłaś ich uratować. Nikt nie mógł. – pociesza mnie Patryk. Kiwam głową.
- Pójdę.
- No, dobrze. – Patryk idzie w końcu na ugodę.
- Dzięki. – uśmiecham się do chłopca.
Z małym ociągnięciem obracam się na pięcie w stronę osady.  Kiedy tylko stawiam pierwszy krok na zielonej trawie, zaczynam czuć, tak jak wczoraj, muśnięcia promyków słońca na twarzy. Tak naprawdę chciałam tylko pobyć trochę sama. Mam wyrzuty sumienia, ale wiem, że nic nie zdołałoby uratować tych dzieci. Nic z wyjątkiem własnych krewniaków, ale na to nie było co liczyć.
- Kalina! Poczekaj! – woła za mną Patryk. Obracam się o sto osiemdziesiąt stopni i patrzę w oczekiwaniu na chłopca.
- Nie zgub się. – próbuje się uśmiechnąć. Kiwam krótko głową i idę dalej. Czuję się nieświeżo i źle. Od słońca kręci mi się w głowie. Wyruszając do osady miałam jeszcze inne cele. Między innymi postanowiłam sprawdzić, gdzie tak właściwie, u licha się znajdujemy. Nie wierzę Patrykowi. Chyba popełniłam straszne głupstwo rozmawiając z nim wtedy w bibliotece. Pszczoły nieustannie próbują mnie wyprowadzić z pionu. Macham opętańczo rękami i próbuję iść dalej. Jedna z nich żądli mnie w rękę. Głupia! Głupia, głupia! Właśnie pozbawiłam niewinną istotę życia. Piecze, jak cholera! Wyciągam żądło i idę dalej. Stąpam po nierównym gruncie. Osadę okalają wspaniałe drzewa. Wcale mnie to nie cieszy. Nigdy nie rozumiałam ich piękna. Drewniane bramy miasta uległy wstrząsającemu poturbowaniu. Od północnej strony grodu płynie mała rzeczka. Tuż przed wejściem do grodu stoją namioty wojsk polskich. Stawiam niepewne kroki. Najbardziej przeraża mnie fakt, że mogą mnie wziąć za wroga. Jeden z rycerzy zdaje się mnie zauważać. Z wahaniem idę dalej, a w myślach ganię się za własną lekkomyślność. Słyszę dęcie w róg. Po chwili cała armia rycerzy stoi w bojowym szyku uzbrojona we włócznie.
- Toż to dziewica! – woła któryś z wojowników.
- Bynajmniej! Parobek to młody. Armistycjum składać przyszedł. – odpowiada inny. Żaden jednak broni nie zawiesza. – Książę targować się musi.
Na środek występuje młody mężczyzna. Chłopak w zasadzie jeszcze. Około dwudziestu lat mógł liczyć. Jest dość wysoki, ubrany wytwornie, ma gęste blond włosy i przenikliwe piwne oczy, które teraz niezachęcająco, a wręcz odpychająco wiercą mnie na wylot. Mniej więcej w połowie jego ust widnieje sporych rozmiarów szrama, która dodatkowo dodaje mu szlachetności.
- Z czym do mnie przychodzisz nędzny kmieciu? – pyta po chwili milczenia. – Mało wam krwi?
- Ja niee…- plączę się i nie wiem co mówić dalej.
- My pokojowo nastawieni. – słyszę za sobą głos Kajetana. Zamykam oczy i czuję ogromną ulgę. – Przyszliśmy prosić tylko o kawałek chleba i kapkę wody.
- Toście w złe miejsce trafili. – odpowiada książę. – Zapomnijcie! Ludność głoduje. Szlak handlowy odcięty. Nikt was nie posili.
- Bez urazy wasza książęca mość, ale jest z nami dziewica…- obrusza się Patryk. W chudej dłoni trzyma białą flagę. Najprawdopodobniej zrobionej z kawałka białej koszulki Kajtka. Pewnie dlatego od razu mnie nie zabili. Musieli widzieć z daleka białą flagę. Zawieszenie broni.
- Myślę, że przydamy się, jako rycerze. W zamian dacie nam jeść i pić. – przerywam niespodziewanie Patrykowi.
- Jesteś niewiastą. Poza tym nie macie zbroi ani broni. – odpowiada z wahaniem książę. – Ale widzę w was też i wielką odwagę. Pójdźcie za mną. – mówi i bez zbędnych kurtuazji rusza w stronę największego namiotu. Dopiero teraz dociera do mnie, że rozmawialiśmy z Bolesławem Krzywoustym. I najprawdopodobniej nie była to nasza ostatnia z nim rozmowa. Przed namiotem stoją dwaj rycerze. W środku panuje wystrój niemal jak w pałacu. Książę zachęca nas byśmy poczęstowali się owocami znajdującymi się w srebrnej misie postawionej na stole. W prawym kącie widnieje broń najróżniejsze maści: od małych noży aż po topory.
- A teraz mówcie: skąd przybywacie? Musi to być nadzwyczaj odległa kraina. Nigdy nie widziałem podobnych strojów, a wasz akcent pełen jest dziwacznych zgłosek. – powiedział Bolesław Krzywousty i wychylił łyk wina ze srebrnego kielicha zdobionego w ametysty.
- Ależ wasza wysokość, to nazbyt skomplikowane pytanie, aby…
- Śmiesz twierdzić, że pytam cię o rzecz zbyt skomplikowaną? Albo też sprawia ci ono trudność, boś łotrem? – pyta książę w sarkastycznym tonie, co zdaje się wręcz niemożliwe zważywszy na jego dystyngowany sposób bycia. Zagryzam wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Panie, nie słuchaj mego towarzysza. – mówi Kajetan.– To ignorant.
- Któż taki?
- Ignorant. – spostrzegłszy, że twarz księcia nadal nie wyraża zrozumienia, Kajtek poddał się i kiwnął dłonią. – Nieważne. Pochodzimy z daleka. Ze wschodu…
- Ze wschodu! Toć tam żyją kmiecie wielkość nie więcej niż trzech łokci. Wy wyżsi się o wiele wydajecie. Nie tak bojowo do życia nastawieni. A oczy wasze nie są skośne.
- My pochodzimy z innej części wschodu, o panie. – powiada Kajtek.
- Z Nibylandii. – dodaje Patryk i mruga do mnie okiem.
- Skąd mogę wiedzieć, że nie jesteście szpiegami?
- Masz nasze słowo. – odpowiada poważnie Kajtek. Bolesław Krzywousty chwilę milczy w zadumie, gładząc raz po raz swe blond wąsy. Odpowiedź Kajetana chyba mu się spodobała, gdyż po chwili uśmiecha się i mówi:
- Po raz pierwszy słyszę o podobnej krainie. Nie ufam wam, jednakże puścić wolno was nie możemy. Pozostało mi jedynie przyłączyć was do mojego wojska.
- Tak, panie. – odzywam się pierwszy raz od dłuższego czasu. – Czy ja też będę mogła walczyć.
- Nie, niewiasto. Ciebie odeślemy do osady.
- Mam na imię Kalina, o panie.
- Przykro mi Kalino. Wojna to nie sprawa dla dziewic.
- Dobrze. – przyznaję w końcu i znów milknę.
- Moi rycerze odprowadzą cię do osady. – zwraca się do mnie. – A wy, jak reszta drużyny, sypiać będziecie w namiotach. – kieruje swój wzrok na Kajtka i Patryka.
- Jesteśmy już zatem rycerzami? – pyta Patryka.
- Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć chłopcze. Sam musisz to stwierdzić, a kiedy w końcu ci się uda, zostaniesz mianowany.
- Jak rozpoznam, że już nim jestem? – drąży uparcie temat Patryk.
- Mogę ci jedynie zdradzić, że w końcu zrozumiesz czym jest wojna, jaką ofiarę można ponieść w imię prawdy i sprawiedliwości. Nareszcie dowiesz się, co tak naprawdę nadaje wartość człowiekowi. Poczujesz, co to życie. Pojmiesz, czym jest śmierć. – spuszcza głowę i chwilę o czymś rozmyśla, jak to ma w zwyczaju. Zdążyłam polubić tego dziwnego, niezwykle przystojnego średniowiecznego księcia, mimo że zamieniłam z nim zaledwie parę
zdań.


Gosia ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz